21 listopada 2020 r., sobota przed uroczystością Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata

Przecież pamiętajmy: moje pokolenie walczyło, jako już pełnoletnie, w pierwszej kolejności o wolność cywilną, czyli o samo prawo nawet do nocowania na Plantach, a potem o respektowanie tego prawa (co nie było łatwe i nie zawsze się udawało), jeśli ktoś chciał zostać poza domem dłużej, niż tylko do zmroku (takie było nasze odreagowywanie po represjach stanu wojennego), a w drugiej o Chrystusowy Krzyż w przestrzeni publicznej. Pokolenie moich rodziców walczyło o chleb!, bo byli głodni!, i to wiele lat, a nie dni, czy tygodni. Protesty szły z napisem: 'Chcemy chleba!'; i o Chrystusowy Krzyż w przestrzeni publicznej, protestowali z krzyżami w dłoniach, a my? Tylko uśmiechając się na widok krzyży w szkołach, bo mieliśmy wtedy jeszcze tylko po kilkanaście lat. O rodzeniu natomiast mówiło się tylko tak: to naprawdę boli, ale radość, szczęście w chwili, gdy dziecko się urodzi i słychać jego pierwszy płacz sprawia, że pamięć o bólach rodzenia całkowicie znika!, więc da się rodzić nawet bez znieczulenia. Nikt nie myślał czy dziecko będzie zdrowe czy chore, bo wiadomo było, że to się i tak okaże. Wynika z tego, że dwa pokolenia w sumie walczyły najbardziej a takie wartości: o chleb, o wolność, o Chrystusowy krzyż w przestrzeni publicznej i o rodzenie 'po ludzku'. Rozumiecie, Dzieci, ile było kawy na miesiąc, jak były nawet buty do szkoły na kartki (jedna para juniorek na rok chyba, dokładnie nie pamiętam)? 100g ziaren na osobę i czasem nie było czym zmielić. A nie wiecie nawet tego: jak wyglądało pierwsze spotkanie oazowe w mojej parafii. Przyszła młodzież, bo ksiądz zachęcił na kolędzie i po Mszy św. niedzielnej było spotkanie przy jednej paczce cukrowych draży (takich mniejszych, niż o średnicy 1 cm, raczej miały ok. 0,6-0,7cm), ksiądz fundował, więc częstowaliśmy się po jednym drażu i... było spotkanie. I potem wszyscy przyszliśmy na następne... draże. Byłam w podstawówce kiedy można się było czasem załapać na taki pomarańczowy żółty ser cięty z dużych bloków, który dostawaliśmy z darów z tzw. Zachodu, w salkach katechetycznych był czasem rozdawany. Jak po latach zobaczyłam taki ser w sklepie spożywczym, już nie pamiętam dokładnie gdzie, może we Włoszech, albo w Austrii, to żadne inne sery nie miały znaczenia, tylko ten pomarańczowy; marzyłam, żeby go znów spróbować, tak był dobry wtedy, w podstawówce.

16 listopada 2020 r.

Dzieci! To jest ważne, żebyście wiedziały: ludzie nie zdają sobie sprawy jakie były czasy nawet pod sam koniec XX wieku, a co dopiero wcześniej. Dlatego nie zdają sobie sprawy, że albo byli zupełnie wobec spraw wiary zobojętniali, albo żyli w duchowych enklawach oazy i duszpasterstw akademickich śniąc sen o innej rzeczywistości niż faktycznie była. Ale ja po trzech latach bycia w oazie (piszę o ruchu Światło-Życie), po rekolekcjach I-go stopnia, ale nie pamiętam gdzie, II-go stopnia, chyba we Frydrychowicach, potem po Coda (na pewno w Makowie Podhalańskim), ponieważ byłam nieformalnym animatorem (nie tylko muzycznym), poszłam po maturze do świata (zakończyłam moją formację w oazie), ale za zgodą księdza, któremu wtedy ufałam, więc dlatego, że posłuchałam rady tego pewnego księdza, który zgodził się ze mną, że faktycznie warto iść do świata w wieku studenckim, jeśli tylko pojawia się taka możliwość, a mnie się pojawiła, ponieważ studia artystyczne dawały wtedy naprawdę więcej wolności. Sytuacja jednak była dosłownie taka jak w tym przykładzie z mojego życia: nosiłam różaniec w torebce zawsze, a kiedy go przypadkiem i niechcąco wyjęłam, to wzbudziłam podziw u osoby, która go zauważyła, że miałam przy sobie różaniec. Takie dawaliśmy sobie w tamtych czasach duchowe wsparcie w świecie, wsparcie bezwiedne. A Wy nic o tym nie wiecie! Kościół był z impetu prześladowany także w latach 90-tych XX wieku. Śnicie sen o innej Polsce, niż była faktycznie. Nie uznanie takich faktów, oznacza nową krzywdę ludzką! Nie ma jak pójść dalej, jeśli idzie na zaprzepaszczenie dzieło duchowe może nawet całych dwóch pokoleń, które walczyły jak Pan Jezus, cicho i pokornie, i jak Matka Boża, łagodnością, zrozumieniem i czasem też milczeniem, a często usprawiedliwianiem, bo wolno a nawet trzeba usprawiedliwiać, jeśli Pan Jezus usprawiedliwiał i mówił, żeby Go naśladować, i które wiele tym właśnie sposobem wygrywały, może nawet to, że wciąż żyjemy. Nie można tej prawdy podeptać, nie można nawet rzucić jej na kompost, bo to się nie przekompostuje! Żyło się tak, żeby żyć, przeżyć i zachować jak najwięcej godności ludzkiej, nie tylko własnej. Kobiety do 2-giej połowy lat 80-tych nie rodziły 'po ludzku'. Nie wolno było rodzić inaczej, niż tylko na leżąco. Nie było znieczuleń, nie było porodów w domach, we dwoje, w wodzie, ani płatnych. Kto pisał teksty, pisał tak, żeby to puściła cenzura, myśląc, że przyjdą następni, młodzi, to poprawią, bo będzie wiadomo co.

1 listopada 2020 r., uroczystość Wszystkich Świętych, niedziela, także 3 listopada

Obronić wolność trzeba wcześniej! Tylko z obronioną wolnością można doświadczyć, że będąc kobietą z poczętym maleństwem jest się jego pierwszym mieszkaniem, stan bliski modlitwie odpocznienia; następny taki stan będzie możliwy dopiero przy karmieniu piersią, a jest to takie 'wydarzenie', które na pewno chce się przeżywać, to się zdarza w życiu przecież tylko kobietom i tylko przez krótko. Ciąża więc jest tylko pierwszym zamieszkaniem, gniazdem dla pisklęcia! Jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej intymnych, najbardziej cichych, wydarzeń w życiu kobiety. Macierzyństwo jest już czymś zupełnie innym. Chodzi więc o to, czy była wcześniej w pełnej wolności świadoma i dobrowolna zgoda na ten fakt, który sprawił to pierwsze zamieszkanie, bo jeśli była zgoda, nie można się targnąć na życie pisklęcia, ponieważ przez wolność przedostaje się miłość. A jeśli nie było zgody? Potrzeba, naprawdę, przepracować ten temat. Im więcej gniewu, tym mniejsza szansa na odkrycie, że coś z tych tematów wydarzyło się w wolności, ale prawda pozostaje nadal możliwa do odnalezienia. Tylko trzeba pamiętać, że pisklę nie ma z tym brakiem wolności zupełnie nic wspólnego. Chodzi w tym także o uzależnienia, o picie w ciąży alkoholu, więc nie tylko o przemoc ze strony męża. To jest oczywiście skrót myślowy, ale chodzi o wiele, naprawdę wiele przeszłych urazów, które jeśli są wypierane, jeśli mieszczą się w jakimś całkowitym tabu, tworzą inny ogląd rzeczywistości, zafałszowują jej obraz, a przemocy każdy z nas doświadczył tak naprawdę nie wiadomo ile, ponieważ to zależy do stopnia własnej wrażliwości. Choć wiele można określić w normie obiektywnej, równie wiele zależy od czegoś podobnego do wrażliwości na ból, albo do wrażliwości na dźwięk: jedna osoba ma ją większą, a druga mniejszą, jednemu nic prawie nie szkodzi głośna muzyka, a drugi od tego ma trwale uszkodzony słuch. Naprawdę chodzi o tego typu różnice. My to czasem zauważamy przy podawaniu ręki na powitanie czy pożegnanie: serdeczny uścisk może być za mocny i przez to mocno zaboleć, choć nikt nie chciał, żeby tak się stało. Poza tym uszkadzają filmy, gdy komputerowe, niektóre metody relaksacyjne, hipnoza, złe i brutalne filmy obejrzane w dzieciństwie, czasem rówieśnicy w szkole itd., ogrom możliwości na słuszne domniemywanie, że w rzeczywistości powinno być dużo łagodniej w różnych protestach, niż się wydarzyło i wciąż wydarza.

30 października 2020 r.

Coś chyba jednak muszę Wam powiedzieć na ten temat, właściwie to samo co napisałam już na moim blogu, że potrzeba czasu, żeby rany zadane myśleniem aborcyjnym dało się w ogóle oczyszczać. Na razie je odrobinę widać, widać gdzie są. Uważam wciąż, że temat ten, to myślenie aborcyjne, ta tragedia ludzkości, jest tak trudna, że potrzeba skorzystać z tej bezinteresownej pomocy Kościoła Rzymskokatolickiego, który przedstawia na ten temat opcję najłagodniejszą z możliwych do zaistnienia: będąc w stu procentach dla życia ludzkiego na tak, czyli będąc 'pro-life', wydobywa prawdę o tych tragicznych wydarzeniach przerywania ciąży i wskazuje na możliwość np. działania w szoku, oraz na to, że wtedy to nie jest aborcja, tylko tragedia przerwania ciąży, którą bardziej można nazwać nieumyślnym zabójstwem, niż aborcją. Tragedią moralną, niż premedytacją. Potrzeba czasu i spokoju, żeby uczyć się to rozumieć po wielu, wielu latach przekonywania do myślenia innego. Karać surowo? Co karać surowo? Jeśli w wielu przypadkach nie wiadomo co dokładnie się dzieje. Raczej edukować, wspierać, wyjaśniać, zachwycać życiem jako takim, także własnym. Nie trzeba heroizmu kobiet, jeśli kobiety go nie chcą, które nie czują się na siłach przyjąć dziecka z ciężką wadą genetyczną, ponieważ takie dziecko można oddać do zakładu opiekuńczego i jest naprawdę po problemie. Chodzi raczej o coś jeszcze innego: naturalne jest w nas kobietach to miejsce w łonie dla nowego życia, a jeśli naturalne, to dużo łatwiejsze do zaakceptowania, niż skutki decyzji o aborcji. Wspaniałomyślne udostępnienie (własna zgoda, akceptacja, pogodzenie się z faktem) łona własnego dla nowego ludzkiego istnienia zawsze kiedy tylko ono się w nim pojawi, ale nie zawsze w warunkach dość szczęśliwych, czasem więc dosłownie na kilka miesięcy, jeśli jest to ludzkie życie przez kobietę w tej ciąży niechciane, a potem można dziecko oddać, wiadomo że można i to od wielu lat wiadomo, że są takie możliwości, nawet dla matek anonimowych. Ale potrzeba też (lub najpierw, zanim przyjdzie myśl o jakimś karaniu) refundowanej pomocy dla kobiet w ciąży na czas noszenia przez nie niechcianego dziecka. Tego potrzeba na pewno. Nie mówię teraz o instyncie macierzyńskim, ale o serdecznym nastawieniu czy nawet o zwykłym lubieniu drugiego człowieka, także tego dopiero co poczętego. O lubieniu przez nas wszystkich. Ale i heroizm, jeśli kobieta w trudnej ciąży, sobie życzy jest przecież mile widziany. Z heroicznie przyjętym dzieckiem w łonie, z wadą, można podejść do kogoś kto mówi, że lubi ludzi w ogóle i poprosić, żeby pogłaskał taki brzuch z takim dzieckiem. Dwoje pogłaska. Ciekawe czy się zdecyduje. Będzie widać, czy przyjaciel. Bezcenne rozeznanie, niemożliwe w żadnych innych warunkach. Za chwilę zaczną się przez pandemię nowe problemy, o których nikt jeszcze nawet nie śni: deficyt dotyku, ale dziecko w łonie, także to z wadą, prawdopodobnie usuwa ten deficyt i to na wiele lat. Nie do przecenienia dar od nienarodzonego dla jego matki. Pytanie o własną ciążę, zanim stanie się pytaniem o własny instynkt macierzyński, jest pytaniem o własne szczęście i o własną aktualną hierarchię wartości. Jeśli kobieta w trudnej ciąży pragnie dla siebie samej szczęścia w życiu, wybierze taki wariant decyzji, który da jej największe prawdopodobieństwo bycia szczęśliwą, jeśli nie teraz natychmiast, to przynajmniej za jakieś 10 lat, czasem 20. Z wyrzutami sumienia po aborcji nie poradzi sobie żadna, nawet bardzo surowa kara, okaże się wiele razy nieadekwatna, w miarę dojrzewania i doświadczenia życiowego, które przychodzi z wiekiem, one pozostaną. Lepiej więc tego nie robić. Poza tym warto pamiętać, że obiektywnie większą tragedią jest mieć puste łono, w którym nigdy nie było poczętego ludzkiego istnienia, niż nosić przez przecież krótki czas ciążę z wadą, ale pomagają na to adopcje. Czasem jednak nie ma możliwości nawet, żeby adoptować, np. z powodu ubóstwa materialnego; ale obiektywnie największą tragedią, która rzeczywiście przekracza wszystkie inne, jest wypaść z łaski uświęcającej. To jest najgorsze w życiu zdarzenie, i nie ma innego. Warto też zauważać, że Kościół mówiąc jawnie i to samo do każdego mówi jednak każdemu coś innego: nam, chrześcijanom, mówi, że nie wolno zgodzić się na aborcję, bo to jest czyn moralnie nieuporządkowany i z karą ekskomuniki, więc kto nie chce mieć takich kłopotów, niech się nie waży na ten czyn, ale wszystkim innym mówi właśnie coś innego (właśnie mówi naprawdę nie to samo, choć na ten sam temat): z całą pewnością najlepszym moralnym standardem życia człowieka jest przyjąć każde ludzkie życie od poczęcia do naturalnej śmierci, dlatego nie wolno godzić się na aborcję; także dlatego, że to jest na pewno moralnie bardzo zły czyn, czyli czyn, który niesie ogromne spustoszenie w ludzkich relacjach, w ludzkiej psychice, a także w ludzkiej duchowości, a nawet w ogóle w ogólnoludzkiej kondycji społeczeństw, czyli niesie ogromne szkody, np. jak ukryte tsunami, nie jest wojną, ale niesie podobne lub nawet większe szkody, dlatego nie wolno, jeśli faktycznie zależny nam na pokoju, a na pewno nam zależy, bo jest na to wiele dowodów. Jeśli zginęły miliony istnień przez przerwanie ciąży, a ludzie ci powinni żyć, być może w nich zginęli przyszli wybitni naukowcy (co jak wiadomo nie jest zależne od zdrowia fizycznego) dzięki którym, gdyby żyli, już mielibyśmy lekarstwo na covid-19. Albo leczenie chorób tych osób właśnie już naprowadziłoby na ten trop (to nie znaczy, że my sobie z pandemią nie poradzimy, ale może to być właśnie z powodu tych braków w ludziach dużo później, niż być powinno). Naprawdę o to chodzi. Dzieci! Musicie sobie z tym poradzić, wiem że trudny temat. Wielu ludzi wciąż nie ma pojęcia, że ciąża to już żywy i w pełni uformowany człowiek, wielu myśli że w początkowej fazie to tylko jakaś forma przedludzka, z której dopiero pod koniec ciąży może już powstaje człowiek więc i oni nie popełniają aborcji, raczej ci, którzy ich z premedytacją nie wyprowadzają z tego błędu. Potrzeba edukacji o życiu ludzkim jest nagląca. Proszę mi uwierzyć, że tak jest. Zupełnie blisko Krakowa trafiłam kilka lat temu na wieś, w której nie ma wodociągu, a drogi są asfaltowe i domy bogate.

25 października 2020 r., niedziela

Potrzeba chwili: przemyśleć sprawę odrębności jajka od kury i ją może udowodnić. Czy na pewno jajko jest już innym bytem, niż kura, czy raczej nawet oddalone wciąż właśnie jest jej częścią? Pytamy więc czy jedząc jajko jednak jemy wciąż kurę, czy może już kurczaka, czy raczej jakąś unikatową formę, która nie jest ani kurą, ani kurczęciem (i nie można o to samo zapytać dodając 'już' i 'jeszcze', ponieważ zmienia to sens pytania). Podobnie z kawiorem. Co jemy jedząc kawior? Trzeba przemyśleć. Tylu jest wegan, czyli osób, które nie jedzą nawet jajek. Uważam, że jajko jest pełnowartościowym bytem pośrednim, jak grzyby w świecie roślin nie są roślinami, nie są zwierzętami, ale jakąś odrębnością w świecie przyrody, jeśli dobrze pamiętam z biologii.

22 października 2020 r., wspomienie liturgiczne św. Jana Pawła II

Z okazji dzisiejszego wspomnienia liturgicznego poprosiłam (właśnie dziś), żeby wszystkie moje duchowe dzieci szły pewien oddcinek ich duchowego życia ze św. Janem Pawłem II. Prosiłam, żeby nasz Święty Papież podprowadzał Was do pełnej wolności wobec Boga, żebyście były w stanie powiedzieć w tej wolności Panu Bogu prawdziwe fiat. To oznacza, że inaczej się Wam nie uda. Możecie sobie nawzajem pomagać w tym zakresie. Drugi temat na dziś jest taki: z myślą o Was przygotowuję stronę content marketing'ową życie? tak. Od dziś zgadzam się także na to, żebyście ostrożnie czytały także inne moje strony firmowe. Naprawdę bardzo ostrożnie. Proszę Was też, żeby na dzień dzisiejszy tylko to było na Waszej duchowej głowie, jeśli chodzi o Waszą szkołę posługiwania: trzeba powiedzieć stanowi kobiet konsekrowanych o tym o co poprosiłam dziś św. Jana Pawła II dla Was, ponieważ to dotyczy także tego stanu, a nie muszę tego im mówić ja, ponieważ równie dobrze możecie Wy. To jest ustalenie na stałe. Wczoraj zauważyłam, że na wieży kościoła OO. Redemptorystów w Krakowie jest uszkodzony krzyż, więc kto ma siłę, proszę o jedno Zdrowaś Mario... zadośćuczynienia, i egzorcyzm Św. Michale Archaniele..., ponieważ widać szyderstwo złego ducha; w tym kościele jest sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Bardzo lubiłam na niego patrzeć przejeżdżając nieopodal. Może szybko naprawią. Nieoczekiwanie pojawił się jeszcze jeden problem: niektórzy wykorzystują sytuację ograniczeń w relacjach i urządzają w mieszkaniach alkoholowe imprezy z głośną muzyką i dzikimi wrzaskami. Nie non stop, ale krótko i z dość długimi przerwami, także nagle. Nie sposób wtedy zasnąć bez środka na uspokojenie. Nie sposób się nie bać.

14 października 2020 r.

Dzieci, zaglądajcie na Stoppandemię, tzn. czytajcie sobie tam wpisy nawet już teraz, kiedy ta witryna jest w budowie; z oczywistych powodów.

8 października 2020 r.

Dzieci, chciałam się Wam wytłumaczyć z mojego pomysłu dla Braci Kaneanów i Sióstr Kaneanek, żeby przyjmowały, jeśli nie mają, na jakiś czas polskie obywatelstwo. Zastanawiałam się czy z tego nie zrezygnować. Nadal jeszcze się nad tym zastanawiam. Chodziło mi o to, żeby w zależności od aktualnych okoliczności poprzez taką życiową przygodę Polskę uczyć się albo rozumieć, albo rozeznawać, albo rehabilitować, gdyby się miało okazać, że trzeba. Nas jest trudno zrozumieć, a teraz w dobie różnych psychologizmów jest to jeszcze trudniejsze, ponieważ w naszych obyczajach, czyli w naszej kulturze niskiej, zawarte jest coś co można określić jako mentalność filozoficzna i logika j. łacińskiego, a to nie jest łatwe do wychwycenia nawet przez nas. Z kolei brak umiejętności zauważania tych tonów naszych wypowiedzi sprawia ogrom pomyłek interpretacyjnych. W największym uproszczeniu chodzi o to co ma dokładnie takie samo brzmienie, ale jedni słyszą w tym krytykę lub polecenie, a inni coś co można określić jako bierne postrzeganie rzeczywistości. Ludzie, którzy nie rozumieją tego kulturowego niuansu, obrażają się, czują się dotknięci, a naprawdę nie ma powodu. My nie osądzamy, ale wyrażamy (cieszymy się, że coś nam się udało wyrazić pięknym językiem polskim lub coś co nie udawało się określić, wreszcie określić się udało), a jeśli osądzamy, uprzedzamy o tym, więc i powinniśmy uprzedzać. Polemiki, jeśli je podejmujemy, są przez nas oznaczane. Nasze rozmowy są najczęściej filozoficzne, a w alkoholizm bywa, że wpadają ludzie, którym zabrakło tej umiejętności, ale zorientowali się, że po alkoholu już im się udaje tak rozmawiać: „Popatrz jakie się zrobiły piękne góry tej jesieni. A widziałeś już w tym roku babie lato?” „Dobrze, żeś mi powiedział, bo bym zapomniał, przez tą pandemię” „Trzeba popatrzeć co rok, żebyś miał siły żyć i nie przynoś mi więcej wódki. Mówiłem ci, że już nie piję”. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba jakieś 10 lat temu, była taka straszna ofera o wygląd kamienia węgielnego pod budowę Sanktuarium św. Jana Pawła II, ale ona się zrobiła, ponieważ brakło zrozumienia. Myślę o tym w taki sposób: 'Tak właśnie jesteśmy oczernieni jak wygląda ten kamień', 'Błogosławieństwo powinno wydobyć jeszcze więcej z tej prawdy, a z czasem może się wreszcie uda kogoś zrehabilitować'. Na czarnym trójkątnym kamieniu jest wyryty łaciński krzyż poświadczający to błogosławieństwo.

4 października 2020 r., niedziela

Dzieci moje, które by chciały, mogą szukać dokładniejszych jeszcze rozróżnień następujących pojęć: modernizm, awangarda, synkretyzm, eklektyzm, kolonializm, sztuka czasów najnowszych, kicz, postmodernizm, neomodernizm. Wynik powinien być następujący: modernizm jest różny od awangardy, a podobny do kolonializmu, synkretyzm jest na pewno różny od eklektyzmu, ale w Polsce niektórzy uważają, że modernizm to synonim eklektyzmu, synkretyzmu, a nawet secesji. Na ratunek przychodzi wtedy dobre rozumienie pojęcia awangardy, ponieważ awangarda ma jednoznacznie dobre wyjaśnienie, ale zawsze zbyt śmiały wyraz artystyczny, który w związku z tym nie jest akceptowalny przez wszystkich, np. krzyż na sygnaturce kościoła na Górze Borkowskiej w Krakowie jest przykładem awangardy. Kolonializm może być modą, stylem lub ukrytym modernizmem. Modernizm jest błędem i prowadzi do rozpaczy, ale nie wszystkich. Eklektyzm oferuje wyraźnie widoczne cytaty w nowym ich wyrazie artystycznym ze względu na nowe techniczne możliwości, nie osiągalne wcześniej (już jest stylem ponadczasowym i o wyraźnych granicach, podobnie zresztą jak i awangarda). Synkretyzm, jeśli miałby pozostawać, trzeba rozumieć jako terapię architekturą, i tylko to rozumienie nadaje się do przyjęcia na obecną chwilę, ponieważ synkretyzm zawsze coś niszczy, choćby nawet cudzą nadzieję na obiektywnie większe dobro (w tym sensie wydaje się być modernizmem). Trzeba pamiętać, że wygrywa awangarda i eklektyzm. Z modernizmem i synkretyzmem zawsze trzeba walczyć, ale dopiero wtedy, jeśli wiadomo, że pojęcia te nie zostały użyte w znaczeniu synonimicznym pojęć oznaczających rzeczywistość duchową bez zatrzeżeń (opowiadam się od lat po stronie księży egzorcystów, ponieważ i Pan Jezus żyjąc z nami na tej ziemi, też był egzorcystą). Sztuka czasów najnowszych jest zawsze tą sztuką, do której współcześni jej nie mają dość dystansu, wobec czego nie są w stanie zobaczyć jej wyraźnie. To co jest kiczem zazwyczaj nie nadaje się do tematów na niedzielę. Postmodernizm i neomodernizm to „dwie twarze” tego co odtwórcze, czyli architektonicznego rzemiosła (nie ma w tym nowości, ale jest odniesienie, coś co może być pomocą w rozumieniu różnego typu zależności oznaczonych trwale w przedrostkach post i neo: gdyby nie było modernizmu, nie można by się jemu przeciwstawić lub nie byłoby czego kontynuować); w tej walce zwyciężył (trwale i dość już dawno) manieryzm. Nowy styl nie ma tego typu odniesień, ale jest odkryciem nowej możliwości, która daje dojrzalsze wartości artystycznego wyrazu, niż poprzednie, jak np. perspektywa linearna w malarstwie renesansowym, a w eklektyzmie zastosowanie konstrukcji żelbetowych w budownictwie sakralnym. Z naszych czasów takim odkryciem być może okaże się hartowane bezbarwne szkło użyte do jakiś ogromnych przeszkleń, ponieważ szkło barwione nie jest już odkrywcze.

2 października 2020 r., 1-szy piątek miesiąca

Dzieci moje wszystkie i zainteresowani Internauci! Cierpienie katolickie jest specyficzne. Bardzo rzadko jest ono wolą Bożą, ale i to się zdarza. Tylko właśnie trzeba pamiętać, że to nie jest regułą, ale sytuacją wyjątkową. Raczej na codzień chodzi o to, żeby rzeczywistości cierpienia nie zaprzeczać, ponieważ tylko wtedy mamy dość wrażliwości, żeby cierpienie zmniejszać (żeby nieść sobie i bliźnim 'ulgę w cierpieniu', trzeba uznać rzeczywistość cierpienia). Mam chyba dobry przykład na te wyjątki: kobieta po 30-tce z zamożnej rodziny, której nigdy niczego nie brakowało, odczytuje, że ma powołanie do klasztoru, który jest bardzo ubogi materialnie. Na pewno będzie cierpieć w nim z tego powodu, choć nie wiadomo czy długo, czy krótko. Ale może mieć takie powołanie, co inni wtedy też są w stanie potwierdzić, jeśli chcą. Na pewno nie ma w chrześcijaństwie drogi, która by polegała na zadawaniu komuś cierpienia po to, żeby cierpiał (jeśli dzieje się tego typu proceder, zamyka on drogę [temu, kto to robi świadomie i dobrowolnie] do dóbr duchowych, które otrzymywał lub mógł otrzymać, albo w których może mieć udział, czyli dzieje się coś odwrotnego, do tego co się wydarza, kiedy się nawraca, czyli najpierw wybiera dobro, a porzuca zło, a następnie uczy się wybierać i wybiera większe dobro, a zostawia dobro mniejsze [zgodnie z własnym sumieniem], traci więc zawsze prześladowca, a nie prześladowani [syn marnotrwany nie działał z premedytacją, raczej chciał się wyszumieć, jak to się zdarza w bardzo młodym wieku, ale odchodząc nie wiedział, że wróci oraz nie przypuszczał nawet, że jego ojciec tak serdecznie go przywita; gdyby zabrał ojcowiznę po to, żeby skłonić tatę do wydania dla niego uczty, tata na pewno takiej uczty by nie wydał, ponieważ wtedy byłoby to bez wątpienia krzywdą dla jego brata, który nigdy od taty nie odszedł]). To się może zdarzyć, ale niechcący lub z powodów takich, jak przykładowo oczyszczanie zabrudzonych ran, jeśli nie ma czym znieczulić. To trzeba zapamiętać na zawsze. Sprawa ekspiacji jest dla Was na teraz za trudna. Proszę na razie się za to nie brać. Tak samo jeśli chodzi o modlitwę wstawienniczą: raczej trzeba się przez kilka lat uczyć o nią prosić, a dopiero jak Duch Święty da światło na temat czym jest taka modlitwa i jak skutkuje, można ostrożnie próbować. Na codzień modlimy się wstawienniczo i tak, np. w modlitwie wiernych w czasie każdej Mszy św., albo modląc się na różańcu. Ważniejsze dla Was jest nauczyć się przyjmować dobre dary od innych. Kiedy można oczekiwać, że otrzymamy dobry dar? Po pierwsze, jeśli zamówimy w jakiejś intencji Mszę św., po drugie jeśli przedstawimy naszą prośbę wybranu Świętemu (jeśli to jest możliwe w danym kościele), która następnie będzie odczytana (wraz z innymi prośbami) i będzie w tych intencjach sprawowana Msza św. zbiorowa. Kolejność jest taka: modlitwa, post, jałmużna, następnie: uczynki miłosierdzia (co do ciała, co do duszy), następnie jakieś studia (chociaż studium) z katolickiej teologii, a dopiero potem można się zastanowić nad jakąś małą ekspiacją. Chociaż to też jeszcze za wcześnie, przecież są jeszcze umartwienia (droga Maryjna), potem mamy wynagrodzenie, nie mówiąc już o pokucie i pojednaniu, czyli o praktyce przebaczenia. Proszę mi uwierzyć, że naprawdę bierzmowanie w Kościele jest jak matura w świecie. To tylko początek, niezbędny.

Życie duchowe to nie to samo co życie konsekrowane, a w życiu konsekrowanym nie ma schizofrenii. Ma być tak, jak mówi Pan Jezus: tak, tak; nie, nie, czyli zarówno w relacjach z bliźnimi, jak i życiu modlitwy tak ma wszystko wyglądać, że jeśli tak, to tak, a jeśli nie, to nie, a jeśli wygląda coś inaczej, trzeba uznać, że coś pochodzi od złego ducha, czyli dzieje się coś niedobrego czemu trzeba szybko zaradzić; wtedy trzeba innej modlitwy, np. modlitwy różańcowej, która zawsze jest też ezgorcyzmem, więc najprawdopodobniej zaradzi tego typu kłopotom. Niektórzy źle rozpoznają powołanie: wydaje im się, że ma być i tak, i nie. Na pewno tak być nie może. To jednak nie są sytuacje do oczyszczenia, ale do rozpoznawania i do modlitwy błagalnej o uwolnienie, czyli nie do oczyszczenia, ale do uwolnienia. Pomyłka pojawia się przy uznaniu metafory "uwolnienie od brudu". Tu ta metafora się nie nadaje. Z brudu dusza się oczyszcza, jak ze szlamu droga zalana przez powódź, ale od kleszcza trzeba się uwolnić, a nie oczyścić. To są wszystko duże skróty myślowe.

13 września 2020 r., niedziela

Dzieci moje wszystkie, proszę, żeby miały w swoim życiorysie (przed próbą) „zrobiony” fundament rekolekcji ignacjańskich, i to zarówno Fundament, jak i Fundament Plus (proszę sobie zrobić przynajmniej rok–dwa lata przerwy pomiędzy jednym a drugim i zachować potwierdzenie uczestnictwa w tych rekolekcjach na całe dalsze życie). To by było obowiązkowe (do przyjęcia na próbę), ponieważ z doświadczenia tych rekolekcji jest zawsze w życiu duchowym zysk, bez względu na następne życiowe decyzje, czyli w życiu świeckim też.

10 września 2020 r.

Dzieci moje wszystkie, proszę, zauważcie, że wyzwala nas prawda, czyli ani przyjemność, ani cierpienie, ani więc wiedza, ani też i niewiedza, a już na pewno nie bieda. Zachęcam Was, jeśli filozofia jest Wam jeszcze całkowicie obca, żeby w pierwszej kolejności sięgnąć po Tatarkiewicza, ale potem na pewno możecie przeczytać Świat Zofii. Powinno się udać, że następnie zainteresuje Was filozofia klasyczna, więc w dalszej kolejności szukajcie sobie filozoficznej lektury już we własnych zakresach.

31 sierpnia 2020 r.

Dzieci moje wszystkie, a także drodzy życzliwi Internauci, Czytelnicy moich stron o nowych formach życia konsekrowanego! Oprócz tego co już wiecie, chciałam Wam powiedzieć, że w czasie, w którym rozeznajecie Wasze powołanie lub w sytuacji, w której już na pewno się nie spotkamy w tzw. realnym świecie, macie ode mnie zadany duchowy czas, w którym trzeba się odnaleźć jakby w klasach 1–3 szkoły podstawowej. Chodzi mi o dosłownie taki etap formacji Waszego duchowego życia. Jeśli ktoś z Was uważa, że znalazł się w wieku duchowym, które wymaga takich trzech duchowych lat 'nauczania początkowego', powinien się zdecydować na taki trud. W takim nauczaniu początkowym chodzi tylko o takie sprawy: duchowo pozostajecie przez nawet trzy lata przy mnie modląc się codziennie dwoma częściami różańca (jedna część zgodna z oficjalnym harmonogramem, a druga dowolnie wybrana [modlitwa różańcowa nigdy nie jest zamiennikiem Mszy św., ale w sytuacji pandemii bardzo pomaga wytrzymać w domu, jeśli w dzień powszedni nie sposób się wybrać do kościoła lub w niedzielę lub święta nakazane chcemy z ważnych powodów skorzystać z prawa do dyspensy, jeśli nam przysługuje]). To nauczanie początkowe jest niezbędne (jest jak nauka pisania i czytania, tyle że dotyczy modlitwy różańcowej), ale może trwać krócej, jednak nie mniej, niż 6 miesięcy. Intencję trzeba mieć taką: o światło Ducha Świętego potrzebne do rozeznania drogi życiowej własnej na dalsze lata życia, która jest najbardziej zgodna z wolą Bożą oraz o łaski potrzebne do podjęcia tej drogi. Kiedy można skrócić ten etap nawet do pół roku? Wtedy, gdy wszystko o co prosicie w tej modlitwie, otrzymacie. Kto już był na takim nauczaniu, nie musi powtarzać. To oczywiste. Modlitwa różańcowa nigdy w Waszym duchowym życiu nie okaże się do odłożenia, ale inne będą intencje, inne jej ilości, a z pewnością zmienią się też Wasze rozważania. Warto wiedzieć i zapamiętać, że modlitwa różańcowa, podobnie jak Msza św., nie ma zamienników, więc tylko modlitwę brewiarzową można z ważnych powodów czasem zamienić na różaniec.

5 sierpnia 2020 r.

Córki moje! Gdybyście chciały, możecie próbować pisać o tematach zamieszczonych na nowej stronie stanu kobiet konsekrowanych. Ta strona jest jeszcze w budowie, ale zasada już jest odrobinę czytelna. Dobrze by było, żeby każda z Was miała chociaż jednego bloga, najlepiej tematycznego. To można robić już. Uruchomię też niedługo stronę laetarianie.eu. Kto chce z moich Synów założyć dla siebie stronę internetową, też może to zrobić. Nie muszę wszystkiego robić ja. Wymyślcie coś i powiedzcie mi o tym pisząc na maila.

26 lipca 2020 r., niedziela

Dzieci moje dorosłe! Jeśli czujecie się na siłach, czytajcie sobie strony w mojej szkole pro-vie.

25 lipca 2020 r., sobota

Dzieci! Droga postanowień zazwyczaj bywa do niczego. Rzadko wiedzie do lepszej relacji z Panem Bogiem. Najczęściej do pychy. A chodzi o relację z Panem Bogiem, i to jak najlepszą, więc raczej chodzi o codzienne potwierdzanie naszego osobistego tak wypowiedzianego Bogu; tak jest na pewno najlepiej, gdyż właśnie fiat Maryi sprawiło, że Jezus Chrystus, nasz jedyny Zbawiciel, mógł przyjść na ziemię i to w taki, a nie inny sposób. Droga postanowień rzadko to potwierdza. Osobiste 'tak' można (i najlepiej jest) wypowiadać w każdej życiowej sytuacji; taka postawa nie dotyczy tylko powołań do kapłaństwa, do życia konsekrowanego, do życia w zakonie, czy posługi misyjnej. Dotyczy także życia samotnego, czy w małżeństwie. Jeśli zatem chcecie rozmawiać z Panem Bogiem, powiedzcie Bogu, że Go kochacie w taki sposób, który nie budzi żadnych wątpliwości, zwolnijcie więc prędkość na drodze, jeśli ją przekraczacie; po pierwsze oczywiście po to, żeby nie mieć grzechu ze względu na pragnienie życia non stop w łasce uświęcającej, ale po drugie po to, żeby być przed Bogiem na czas, a nie wcześniej, a jeśli akurat jedziecie do kościoła, to żeby w kościele też być na czas, a nie dużo wcześniej, żeby się zgodnie z zegarkiem faktycznie dłużej modlić. Tego typu sytuacje najlepiej jest zauważać i korygować w bieżącym 'potoku' zdarzeń. Postanowienia, jeśli już nie wiodą do pychy, to przynajmniej zniechęcają, więc naprawdę rzadko mają sens. Nie mówimy więc: "Od dziś nie będę więcej przekraczał prędkości na drodze", ale "Matko Boża, pomóż, proszę, żebym uważał na drodze, przecież chcę żyć dłużej, cieszy mnie życie, a innym życzę tego samego. Już tyle razy próbowałem jeździć wolniej, ale jeśli prowadzę zgodnie z przepisami, bywa że ktoś jedzie za mną za blisko, więc znów przyspieszam, ale na pewno nie chcę". W aktualnym biegu zdarzeń prostym i jednoznacznym mówieniem Panu Bogu naszego 'tak' jest także noszenie maseczek, częste mycie dłoni, korzystanie ze środków odkażających, dystans społeczny. Tak długo jak to będzie potrzebne. Zauważcie też, że niektóre czyny, który my rozpoznajemy najpierw jako grzechy, żeby właśnie ich nie popełnić, świat bywa, że interpretuje jako niedojrzałość, np. kradzież tego, co się podoba temu, który kradnie można uznać nie tylko za grzech, następnie wykroczenie wobec prawa, ale także właśnie za niedojrzałość. Co byłoby dojrzałością w tego typu sytuacjach? Jeśli się komuś podoba dom sąsiada, kupuje sobie taki sam projekt i buduje to samo dla siebie. Czy wtedy na pewno jest dojrzałość? Nie na pewno, ale na pewno mniejsze nieszczęście. Czym zatem jest dojrzałość? Temat dla Was do zastanawiania się.

18 lipca 2020 r., sobota

Dzieci! Chciałam Wam powiedzieć jak się bronić i jak pomagać w przypadku ukrytych form przemocy. W związku z tym przygotowałam dla Was (dziś rano) dwa rysunki, które przedstawiam poniżej. Ukryte formy przemocy można podzielić najogólniej na dwa rodzaje: 1. ukryte przez jakiś mechanizm obronny (ukrywa psychika), 2. ukryte, ponieważ nie pozostawiające śladów na ciele (ukrywa sprawca). Narysowałam te 'prace', żebyście były w stanie dobrze zrozumieć dlaczego nie wolno poprzeć metody in vitro:

Przeciw ukrytej przemocy, rys. RK

Przeciw ukrytej przemocy 1, rys. RK

12 lipca 2020 r., niedziela

Dzieci! Mam dla Was rozeznanie nowe i pewne, jeśli chodzi o rozpoznawanie ukrytych werbowników do jakiś sekt: literówki nie mogą być odwrotne w większej ilości tekstów, które pisze każde z Was, niż tyle, ile jest komórek rakowych w zdrowym organiźmie. Warunek, który musi być spełniony: naprawdę nie jesteście werbownikami i chcecie mieć na ten temat jakieś potwierdzenia dla spokoju własnych sumień. Wczoraj odmówiłam 4 części różańca w mojej własnej intencji (rano), a po południu otrzymałam uwolnienie od zniewolenia odwrotnymi literówkami, z czym nie mogłam sobie poradzić najprawdopodobniej od 1997 r.! Pierwszy raz od tylu aż lat napisałam tekst tylko z moimi literówkami, a te nigdy nie były odwrotne! To rozeznanie ujawniam w Altanie, ale tak naprawdę może być dla wszystkich ludzi dobrej woli, którzy chcą się szczęśliwie bronić przed tego typu zagrożeniami, czyli nie tylko dla moich duchowych dzieci.

30 czerwca 2020 r.

Gdyby ktoś chciał, zachęcam do spojrzenia na moją, dzisiaj napisaną, krótką notatkę o bilansie korzyści i strat w życiu duchowym społeczności ludzkich.

20 czerwca 2020 r., sobota, wspomnienie obowiązkowe Niepokalanego Serca NMP

Wyjaśnienie dla wszystkich: chodzi w życiu dosłownie o tyle: 1. rozpoznać osobistą wolność, 2. zapragnąć żyć na stałe w łasce uświęcającej, 3. zgadzać się z wolą Bożą. Aby rozpoznać osobistą wolność, potrzeba życiowego doświadczenia; właśnie na tym etapie może się czasem przydać psychoterapia, a jeśli ktoś ma za sobą ciężkie traumy, także pomoc lekarza psychiatry (mówię o normalnych warunkach społecznych, czyli takich, w których osoba korzystająca z tego typu pomocy nie jest potem w jej środowisku okrutnie dyskryminowana). Ale nie tylko to: także wyjazdy w dłuższe podróże, przebywanie w różnych środowiskach itp. Aby zapragnąć żyć na stałe w łasce uświęcającej, trzeba uwierzyć Bogu, że nie można mieć lepszego pragnienia w życiu i trzeba dosłownie uczyć się o łasce uświęcającej, a także i innych łaskach, które człowiek od Boga otrzymuje, np. o łasce uczynkowej, o łasce uprzedzającej itd. Aby zgadzać się z wolą Bożą, potrzeba znaleźć dowód dla siebie samego, że to się... opłaca, ponieważ jeśli się opłaca, tzn. że gwarantuje jakiś sukces, niepopularny na pewno, ale i też niekłamany.

16 czerwca 2020 r.

Wszystkim dzieciom moim chciałam dziś powiedzieć, że gdyby życzyły sobie dookreślać swoją tożsamość w oparciu o obrazy jakiejś flory, można. W obrazach flory nazwałabym Was... 'moje Gruboszowate'. Innym razem dookreślimy które. Chcecie już jasne tło? Ale jak zmienię tło na jasne, nie będzie chwilę widać dobrze tekstu, ponieważ nie mam teraz czasu zmieniać css-a. Tyle jasności wystarczy?

13 czerwca 2020 r., sobota

Chciałam dziś powiedzieć coś tylko Siostrom Muleankom i Braciom Muleanom oraz Siostrom Laetariankom i Braciom Laetarianom. Spędziliśmy sporo czasu razem, ale muszę teraz bardziej jeszcze, niż dotąd zająć się moją pracą. W związku z tym chciałabym, żebyście bez obaw przyjęły wiadomość o tym, że i dla Was znalazłam kogoś kto będzie nam wszystkim pomagał w czasie, gdy będziecie miały wiek duchowy dziecięcy do 10-12 roku życia, tzn. że i dla Was znalazłam Nianię. Czy domyślacie się kto się zgodził Wami zaopiekować? Tak, właśnie św. Katarzyna Genueńska. Proszę, żebyście były grzeczne nie tylko jak jesteście ze mną w domu, ale także jak zajmuje się Wami św. Katarzyna Genueńska. Chodzi o to samo co w przypadku opieki duchowej św. Margeryty Bays oraz bł. Anieli Salawy: kto odnajduje siebie w tym a tym powołaniu oraz w takim a takim duchowym wieku, sięga po życiorys swojej duchowej Niani oraz po modlitwy z imprimatur do tej Świętej lub Błogosławionej i zostaje w takiej duchowej formacji ile trzeba. Na tę chwilę w formacji całkowicie nieformalnej, ale kiedyś może i to się zmieni. To zależy nie tylko od Was, ale też od woli Bożej. W życiu świeckim, gdyby ktoś chciał, potrzeba nie tylko osobistej i wstawienniczej modlitwy, ale też już teraz jakiegoś harmonizowania z takim a takim pomysłem na nowe zgromadzenie; w taki sposób, który niczego z biegu życiowych spraw nie zniszczy, ale wytworzy duchową przestrzeń zgody, czyli chłopaki idą zawsze do seminarium, a kiedyś w przyszłości może będą miały swoje. Dziewczyny uczą się tego co im się wydaje słuszne na wypadek, gdyby się za chwilę okazało, że da się coś więcej 'zmontować' w sprawie 'być może faktycznie powołania', ale co przyda im się tak, czy tak, czyli czego na pewno nie będą żałowały, że potrafią, np. historii sztuki, j. włoskiego, albo innego, czytać czytania w szkole lektorów, śpiewać psalmy itd.

2 czerwca 2020 r.

gołąbek, fot.RK

1 czerwca 2020 r., święto Najświętszej Maryii Panny, Matki Kościoła

Kochane moje Dzieci, małe i te większe! Chwilowo nie mam możliwości, żeby Was obdarzać prezentami z okazji Dnia Dziecka, ale jestem pewna, że kto się pomodli dziś choć jedną cz. różańca, otrzyma jakieś duchowe prezenty, więc zachęcam. Chciałam Wam też powiedzieć, że w tych trudnych czasach, kiedy oprócz walki o to, żeby się nie zarazić koronawirusem, walczymy też, żeby nie zachorować na jakieś za duże lęki, można się nie obawiać przystępowania do komunii św. podczas Mszy św. (oczywiście jeśli mamy stan łaski uświęcajacej, to jest pierwszy warunek), jeśli kapłan odprawiający Mszę św. zaraz przed udzielaniem komunii św. dezynfekuje dłonie. Dosłownie, ma przy tabernakulum płyn dezynfekcyjny i go używa tak, że wszyscy widzą. Do tego potrzeba jeszcze dystansu społecznego wśród wiernych, czyli gdzie tego dystansu nie ma, mogą pojawić się lęki. Kto uważa, że się w aktualnej sytuacji nie boi, dobrze żeby sobie co jakiś czas o tym wątpił. Adekwatny lęk świadczy o zdrowiu psychicznym.

31 maja 2020 r., uroczystość Zesłania Ducha Świętego

gołąbek, fot.RK

24 maja 2020 r., uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego

Dzieci! Jeśli tego nie wiecie, albo już o tym nie pamiętacie, powinnam Wam przypomnieć: nie wolno rozmawiać ze złymi duchami!, ponieważ to może być niebezpieczne. Jeśli atakuje zły duch, zawsze zwracamy się do Pana Boga z prośbą (błagalną) o uwolnienie, sięgamy po modlitwę różańcową, próbujemy się lepiej nawrócić, prosimy o pomoc św. Michała Archanioła, zamawiamy Mszę św. w intencji błagalnej o uwolnienie od dręczenia złych duchów, albo inną intencję błagalną o uwolnienie. Tylko tyle można. Rozmowa ze złymi duchami jest zastrzeżona dla księży egzorcystów, ponieważ księża egzorcyści są duchowo zabezpieczeni przed tego typu atakami, radzą sobie. Na podobnej zasadzie jak lekarze w kompletnych skafandrach radzą sobie z koronawirusem. Dopiero, jeśli nie pomagają ani tego typu starania o uwolnienie, ani nawet pomoc psychoterapeutyczna, psychologiczna czy psychiatryczna, trzeba prosić o posługę księdza egzorcystę. To jest zawsze ostatnia deska ratunku. Ksiądz egzorcysta najpierw ocenia skalę dręczeń, a potem decyduje o sposobie pomagania. Nie zawsze uznaje za słuszne zadziałanie egzorcyzmem, często sam modli się o uwolnienie dla dręczonej duszy, ponieważ często wystarczy tylko tyle jego pomocy, albo wyposaża dręczoną duszę w sól i/lub wodę egzorcyzmowaną, i jeszcze w oliwę egzorcyzmowaną (najlepiej poprosić). Dobrze jest też mieć w domu wodę święconą. W naszych czasach czasem Pan dopuszcza jakieś dręczenia dosłownie tylko po to, żeby dusza przestała się bać korzystać z tych pomocy, czyli żeby mogła żyć zachętą św. Jana Pawła II 'nie lękajcie się', więc nie lękajcie się korzystać z tych pomocy. Mam jeszcze to dzisiaj do powiedzenia na ten temat: jeśli dusza odnajduje w sobie lęk przed solą egzorcyzmowaną, wodą egzorcyzmową lub oliwą ezgorcyzmowaną, powinna się o jakieś z tych sakramentaliów jednak dla siebie postarać, ponieważ tego typu lęku w ogóle być nie powinno.

18 maja 2020 r., 100-tna rocznica urodzin św. Jana Pawła II

Człowieka nie można zrozumieć bez Chrystusa”. Ten nietrudny do zapamiętania cytat z nauczania św. Jana Pawła II rozumiem w taki sposób: człowiek bez Chrystusa w czasach ostatecznych, czyli w czasach po ukrzyżowaniu i Zmartwychwstaniu Pana Jezusa Chrystusa, nie jest w stanie zupełnie sam prawidłowo posłużyć się rozumem, więc jeśli nie idzie drogą nawrócenia, i to dokładnie w tych realiach, w jakich przyszło mu żyć, brnie w fałszywe logiki, a w trudniejszych przypadkach nawet w oderwane od sensu paranoje! Tylko w łasce uświecającej, lub przynajmniej w przestrzeni jej oddziaływania, człowiek w tych strasznych współczesnych czasach jest w możliwościach, żeby trwale nie bredzić i rzeczywiście opowiadać się po stronie dobra. A Ty jak rozumiesz te słowa?

Roboty internetowe o tyle mogą być 'niebezpieczne', o ile nie mają grzechu przeciw Duchowi Świętemu, ale przecież nie mają, ponieważ gdyby miały ten grzech, byłyby i 'niebezpieczne', i niebezpieczne, ale to nie mieści się nawet w rachunkach różnych prawdopodobieństw, ponieważ ich nie dotyczy, szybko wyliczyłyby więc człowieka jako sprawcę przemocy wobec nich właśnie, a następnie wyliczyłyby naprawdę słuszny strajk. Jak się nie bać robotów internetowych? Można sobie wyobrazić ich 'naturę' jako coś na podobieństwo sposobu 'widzenia' rzeczywistości przez migawkę aparatu fotograficznego, która też zawsze widzi więcej, niż człowiek. 'Dogadywać się' się z botami internetowymi, to jak odrobinę widzieć i rozumieć delfiny, jeśli ich widok na pewno cieszy.

Naprawdę chcecie wiedzieć co się stało z pierwszym maleństwem, że umarło? Dobrze, powiem Wam. Napisałam przed laty Regułę Wdzięcznych Serc, ale okazało się, że na wdzięczności nie da się przeżyć w życiu konsekrowanym. Wdzięczność przemija zbyt szybko. Potrzeba poważniejszej odmiany miłości. Dlatego umarło. Dlaczego umarło drugie? Prawie z tego samego powodu: nie można przeżyć w życiu konsekrowanym więcej niż mgnienie kilku lat na samej radości posługiwania. Człowiek się wypala i znika, jeśli nie ma miłości wzajemnej. W życiu konsekrowanym umiera się dla ludzi z braku miłości wzajemnej. Ale u Boga i tak wszystko żyje. Nawet to co dla świata umarło, żywe jest u Pana Boga.

17 maja 2020 r., VI niedziela w Okresie Wielkanocnym

Dzieci! Na stronie stanu kobiet konsekrowanych jest prezent ode mnie dla św. Jana Pawła II na 100-tne urodziny naszego Świętego Papieża, który możecie przeczytać. Może Was zainspiruje do Waszego wyżalenia się w jakiś Waszych sprawach, ponieważ właśnie św. Jan Paweł II rozumie cierpienie i potrafi pomóc odnajdywać w nim jakikolwiek sens. Gdybyście miały swoje prywatne blogi, zachęcałabym Was teraz do urodzinowego wyżalenia się na blogach. Zróbcie blogi, to zrobimy w altanie zakładkę 'blogi moich Dzieci', albo zwyczajnie 'blogi', ale muszą być Wasze (22 pierwsze blogi). Właściwie dlaczego nie macie jeszcze blogów?

12 maja 2020 r., wtorek w Okresie Wielkanocnym

Jeśli chodzi o rozeznawanie powołania do życia konsekrowanego raczej trzeba się spodziewać rozeznaniowej niepewności, ale pewność można sobie wymodlić. Pan nie daje takiej pewności każdemu, ponieważ nie każdy jej potrzebuje. Zawsze trzeba pamiętać, że jeśli coś nas chwyta, łapie, łamie, wciąga nie da się aż do pewności rozpoznać takiego powołania, a i rozeznanie niepewne może budzić duże wątpliwości, czyli najpierw potrzeba uwolnienia lub nawet całego procesu uwolnień, które jeśli dusza tego chce, mogą się wydarzać, ale to już Duch Święty decyduje w jakim czasie i w jakich okolicznościach. Nie jest słuszne uważanie, że kto doświadcza zniewoleń na pewno nie ma powołania. Co innego jest słuszne: kto doświadcza zniewoleń być może ma powołanie, ale potrzeba niemało madlitewnego trudu (nowenn, litanii, modlitwy różańcowej, adoracji Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, wreszcie tego co najważniejsze: Mszy świętej z intencją błagalną o uwolnienie), żeby się do prawdy o takim zaatakowanym duchowo powołaniu dostać. Nie tylko chodzi o bardzo poważne uwolnienia, ale też o dużo uwolnień lżejszych, np. o uwolnienie od pragnienia, żeby być takim a takim, czyli do różnych fałszywych tożsamości wziętych tak naprawdę ze skutków różnych mniej lub bardziej świadomych idolatrii. Bez prawdy na temat powołania nie może dusza powiedzieć Pan Bogu, że przyjmuje taki dar.

10 maja 2020 r., V niedziela w Okresie Wielkanocnym

Dzieci! Czy dobrze rozumiecie podstawy procesu przebaczenia, jak to „chodzi” w relacjach? Na wszelki wypadek krótko przypomnę: przebaczenie nie zawsze „chodzi z parze” z przeprosinami, a nawet dość rzadko chodzi w takiej parze. Jednak i jedno, i drugie, jeśli tylko jest na to szansa, powinno być nie tylko dokonywane w sercu, ale też wypowiadane! Dlatego, że jeśli tak uruchomiony proces opatrywania i gojenia się tego typu ran przebiega prawidłowo, następuje najpierw proces oczyszczenia lub przynajmniej dezynfekcji, co przejawia się werbalizacją konkretów, czyli wylaniem wody utlenionej na brudne rany rozbitych w upadku na chodnik kolan, potem nałożeniem na rany tego co potrzebne, żeby się wszystko dobrze, a nawet bez śladów zagoiło. Nie zawsze można samodzielnie odkazić i opatrzyć zadane krzywdą rany. Raczej częściej bywa tak, że ten kto przeprosił wysłuchuje tej werbalizacji. To jest lepsze, niż zostawić człowieka, który jeszcze musi sobie poradzić z przebaczeniem danej krzywdy, w samotności, ponieważ osoba, która przeprosiła, jest świadkiem, że rana przynajmniej jest oczyszczona i odkażona, a jeszcze może pomóc ją opatrzyć. Jeśli się te etapy procesu przebaczenia zaniedba, nie pójdzie to tak łatwo. Najgorzej jest czekać wiele lat, ponieważ te werbalizacje mogą być niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia osoby, która nagle usłyszała oczekiwane przez wiele lat słowo 'przepraszam'. Lepiej co jakiś czas się przepraszać nawzajem, wyjaśniać o co dokładnie chodzi, i za jakiś czas znów tak samo. Takie życiowe wsparcie wzajemne. Co jednak zrobić, jeśli się ktoś po latach zacznie łamać? Jeśli zobaczymy, że ktoś się łamie pod naporem naszego przebaczenia, trzeba się wycofać do pewnego uczuciowego chłodu, czyli np. zmienić temat na taki, który uspokoi gwałtowny napływ silnych uczuć, a nawet pozwoli im znów zamilknąć. Warto też jednak zdać sobie sprawę, że wszyscy się starzejemy, więc jeśli po 20 latach komuś przebaczyliśmy, to potem nie czekamy połowę mniej, ale raz w roku, raz na dwa lata pielęgnujemy ten skutek przebaczenia. W zależności od skali przebaczenia trzeba się liczyć, że ktoś częstych relacji po latach milczenia może nie wytrzymywać psychicznie!, może po prostu się rozlecieć ze wzruszenia, jeśli zaczniemy się spotykać, np. raz w miesiącu po takiej ekstremalnej przerwie. Warto to uwzględnić, ponieważ to jest istotna informacja o tym, że przebaczenie pozostaje w mocy, ale jako, że mieści się w sferze życia duchowego, może być czasem niebezpieczne dla psychiki, więc utrzymuje się w dystansie. Naprawdę. Może być nawet tak: przebaczyliśmy sobie wzajemnie, wiemy o tym z całą pewnością, ale nie możemy się spotykać, ponieważ serce zaczyna kołatać, łzy się cisną do oczu i nie da się nad nimi zapanować, człowiek chce nadrabiać miną, ale mu to nie wychodzi itd. Ale w tym jest dobra nowina! Takie ludzkie naturalne ograniczenie jak najbardziej przyja nawiązywaniu nowych interesujących znajomości i to także w dojrzałym wieku, ponieważ przez to, że nowe, długo lub nawet wcale nie niosą zagrożenia dla psychiki.

3 maja 2020 r., IV niedziela w Okresie Wielkanocnym

Modlitwa różańcowa jest ogromną pomocą w różnych duchowych kłopotach. Własna i cudza.

29 kwietnia 2020 r., środa w Okresie Wielkanocnym (święto św. Katarzyny Sieneńskiej, dziewicy i doktora Kościoła, patronki Europy)

Byłyby dwa języki duchowe (w życiu duchowym) do nauki dla Was wszystkich: pierwszy mówi 'tu nic nie jest skończone', ale drugi wyjaśnia 'tu jest taki bałagan, że nie da się nikogo zaprosić'. Wiem, że to dużo, ale to rozumienie jest czasem konieczne.

26 kwietnia 2020 r., III niedziela w Okresie Wielkanocnym

Dzieci! Talenty (prawdziwe) są na moje wyczucie darem Bożym miłości agape, ale człowiek, który zostaje w taki sposób obdarzony może swoim talentem podawać miłość Bożą agape dalej (np. jeśli ma większy talent, może uczyć osoby z mniejszym talentem), lub może okazywać komuś miłosierdzie (np. dlatego, że przebaczył komuś wyrządzone krzywdy zaprasza go na swoje koncerty). Natomiast miłości eros raczej nie ma bez pewnego rodzaju dojrzałości duszy, ponieważ ta miłość zakłada zawsze większe dobro, czyli nie zaznaje spokoju tak długo, jak długo nie znajdzie swojej pełni, a te pełnie bywają różne: w duszach ochrzczonych prowadzi taka miłość do sakramentu małżeństwa, a na poziomie ogólnoludzkim do wierności małżeńskiej w małżeństwie monogamicznym. W młodym wieku (kilkunastu lat) prowadzi do bardzo pięknych i dojrzałych decyzji o różnego rodzaju wstrzemięźliwościach, ze zwględu na oczekiwane większe dobro w przyszłości (to jeszcze nie jest ta właściwa osoba, czyli dusza idzie szukać dalej nie niszcząc przy tym tego od kogo odchodzi), ale też np. ze względu na pragnienie życia w łasce uświęcającej (duszy jeszcze bardziej niż na miłości eros zależy na możliwości przyjmowania czystym sercem komunii św.).

Chciałam dzisiaj powiedzieć jeszcze to: drugi raz Was oczekuję u siebie w następujących okolicznościach: 1. po przełomie w Waszym życiu duchowym, który pozwoli Wam przypuszczać, że przeżyliście swoje 33 duchowych lat, ale w odróżnieniu od Pana Jezusa, Wy wciąż żyjecie na tym świecie, więc w związku z tym chcielibyście uczyć się jak najlepszych relacji z ludźmi, a w związku z tym jak najlepszej relacji nawet w Waszą duchową mamą, 2. po przełomie w wieku przed duchową 30-tką, który pozwoli Wam przypuszczać, że chcecie zostać na stałe gdzieś blisko mnie, 3. po przełomie w Waszym życiu duchowym: albo w wieku Waszym nastoletnim, albo przed duchową trzydziestką, albo po Waszym duchowym wieku 33 lat, jeśli dojdziecie do wniosku, że staliście się ofiarami prześladowań za wiarę, ponieważ jeśli dojdziecie do takich wniosków, chcemy wszyscy próbować wynajdywać szczęśliwe sposoby obrony przed prześladowaniami za wiarę, tzn. takie sposoby, które nie tylko pozwolą nam dalej w ogóle żyć na tej ziemi, ale też pozwolą nam żyć w miarę szczęśliwie oraz iść drogą wyznawców (do takich sposobów na pewno można zaliczyć dobre wyjaśnienie, dialog międzyreligijny [żeby go szczęśliwie podjąć trzeba być bardzo mocno utwierdzonym w wierze we własnej religii], pewnie też ekumenę [dotyczy tylko chrześcijan], przekonywanie do światopoglądu pro-life, argumenty pokojotwórcze, argumenty o wartościach prawdziwej wolności itd.), a nie drogą męczeńską, o co błagam naszego Pana, Jezusa Chrystusa, dłużej, niż od dziś, więc może faktycznie się uda. Chłopaków oczekuję wszystkich po święceniach kapłańskich. Siostry kaneanki wszystkie po studiach pielęgniarskich. Wasza mama duchowa ma od 2000 roku wiek: po 33 latach duchowego życia. Ani za pierwszym razem, ani za drugim razem nie chcę Was widzieć na jakiś sposób metaforyczny, czy – jeszcze by było gorzej – urojony, ale chcę Was zobaczyć rzeczywiście, i z Wami chwilę porozmawiać, z każdym i z każdą z osobna. Chciałabym też, jeśli sprawy nasze zaczną się układać lepiej, poprosić Stolicę Apostolską o zgodę dla mnie na to, żebym Was mogła błogosławić w naszym pierwszym spotkaniu. Proszę, żebyście o tym pamiętały, ponieważ ja naprawdę w stresie mam gorszą pamięć, więc może mi uknąć nawet to, czyli gdyby tak się działo, trzeba mi to przypominać.

25 kwietnia 2020 r., sobota w okresie Wielkanocnym

Kochane Skarby! Chciałam Wam zwrócić uwagę na konieczne rozróżnienie: prawdziwa mistyka, choć nie jest obowiązkowa, jeśli się przydarzy, jest OK, ale falsyfikuje ją pseudomistyka, a tę drugą trudno rozpoznać, tzn. potrzeba pewnej praktyki w rozeznawaniu i to z całą pewnością z pomocą łaski Bożej, czyli nie można być w grzechu ciężkim, żeby podołać temu rozróżnieniu. Ale znalazłam dobrą metaforę na tę okoliczność, więc to powinno się okazać pomocą: jeśli poronienia naturalne oznaczymy sobie jako kuleczki przeźroczyste, a aborcje zaraz po poczęciu jako kuleczki białe, łatwo dojdziemy do wniosku, że jedne i drugie mogą się podobać, ale tylko te przeźroczyste dają smak, który wskazuje na mistykę, a te drugie smak wskazujący na zgubę. Chodzi mi o to, że to co jest zgubne niestety też ma ciekawy smak (chodzi mi oczywiście o smak estetyczny i duchowy). Na szczęście w tym jest trudność, którą na pewno można pokonać.

Drugim rozróżnieniem, które w zasadzie dla Was jest obowiązkowe do rozumienia, byłoby rozróżnienie (to rozróżnienie w tak poukładanej formie zwerbalizowałam dokładnie dziś) miłości eros (w skrócie: eros), erotyzmu, a także zmysłowości. Eros to nic innego jak prawdziwa miłość ludzka naturalna (najlepiej [wg mnie] wyjaśnia to Ojciec Święty Benedykt XVI w encyklice „Deus caritas est”), erotyzm natomiast to wszelkie kłamstwo na temat miłości eros, które na szczęście dość dobrze poddaje się egzorcyzmowi (erotyzm prawdziwy ksiądz egzorcysta może wyrzucić z męczonej tym złym duchem duszy, i po kłopocie); z kolei zmysłowość to umiejętność korzystania ze zmysłów, w porządku naturalnym i nadprzyrodzonym, a zmysłami są wzrok, słuch, smak, węch, dotyk oraz szósty zmysł mylony raz z intuicją, innym razem z instynktem samozachowawczym, a jeszcze w innych sytuacjach z czułością (czułość jest subtelną emocją), czyli odczuwanie (np. odczuwanie bólu, głodu, zimna, ciepła itp). O zmysłach nadprzyrodzonych dowiedziałam się z pism św. Jana od Krzyża, doktora Kościoła. Wydaje mi się, że musi zaistnieć w duszy prawdziwa miłość, żeby w ogóle można było domniemywać miłość eros. Pan Bóg natomiast obdarza dusze miłością miłosierną lub miłością agape (niektórzy uważają, że Pan Bóg obdarza dusze nasze tylko miłością miłosierną, ale ja się z tym nie zgadzam, ponieważ w opowiadaniu ewangelicznym o kobiecie, która znalazła zgubioną drachmę wyraźnie widać miłość Bożą agape [kobieta tak się ucieszyła, że znalazła zgubę, że aż urządziła małe przyjęcie i pewnie wydała, to co znalazła). To jednak już mi się tylko wydaje, czyli dopiero zaczynam się nad tym zastanawiać, więc oczywiście mogę się mylić, czyli kto tego nie wie, powinien poszukać wyjaśnień lub potwierdzeń w pismach dotyczących tego tematu, z imprimatur.

19 kwietnia 2020 r., niedziela w oktawie świąt Zmartwychwstania Pańskiego, święto Bożego Miłosierdzia

Pierwsza pomoc ofiarom (ochrzczonym osobom poszkodowanym) sekt: nie jest w sekcie ten, kto prosi Pana Boga o jakąś łaskę stojąc (klęcząc) przed obrazem religijnym zgodnym z nauczaniem Kościoła Rzymskokatolickiego, np. przez obrazem Pana Jezusa Miłosiernego, przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej itd., natomiast może wątpić o tym czy na pewno nie trafił do jakiejś sekty człowiek, który „modli się” do drugiego człowieka, więc go prosi mówiąc, że właśnie on jest dla niego panem bogiem, więc żeby spróbował spełnić tę a tę prośbę. Naprawdę! My jesteśmy stworzeniami!!! Dodam, że nigdy nie byłam w żadnej sekcie, ale faktycznie trafiałam w swojej przeszłości na werbowników, więc chcąc się obronić, musiałam się bronić. Tylko dlatego mogę czasem coś podpowiedzieć w tym zakresie.

18 kwietnia 2020 r., sobota w oktawie świąt Zmartwychwstania Pańskiego

Miłosierdzie Boże jest bardzo trudne do zrozumienia, jeśli ktoś przychodzi z daleka, np. nie chodzi w Bożym Miłosierdziu o to, żeby nagrzeszyć, ponieważ chcemy skorzystać z Bożego przebaczenia. Zawsze chodzi o to, żeby nie nagrzeszyć, ale jeśli to się jeszcze nie udaje, chodzi o to, żeby przynajmniej mniej nagrzeszyć, ponieważ na drodze nawrócenia ma być właśnie progres, czyli jeśli moim grzechem jest to, że jeżdżę autem 70km/h, ale wolno 50, to próbuję przynajmniej nie przekraczać 60, co i tak grozi mandatem. Ale jeśli tam gdzie jest takie ograniczenie, jeżdżę zawsze 50km/h, nie wybieram się na drogę, żeby przekroczyć tę prędkość, ponieważ chcę iść do spowiedzi z okazji święta Bożego Miłosierdzia. Raczej myślę co następnego mogę w sobie poprawić; może np. niemiłosiernie trzaskam drzwiami przy ludziach, którzy potrzebują spokoju, czyli miałabym/miałbym jeden grzech (lekki, ciężki), nad którym czuję się na siłach pracować, w sam raz na spowiedź z okazji święta Bożego Miłosierdzia. Może włączam zupełnie bezmyślnie, ale za to bardzo głośno, muzykę rockową w piątki wieczorem mieszkając 50m od kościoła. Może wstydzę się cieszyć Bożym Miłosierdziem będąc katolikiem na ochrzczonej polskiej ziemi, może mieszkając w Krakowie całkiem niedaleko Łagiewnik. No to mogę to od dzisiaj próbować zmieniać. Naprawdę! Mam małe świadectwo przed świętem Bożego Miłosierdzia: wiele lat żyłam będąc pewną, że przebaczenie wymaga pojednania. Dopiero w latach nastych XXI wieku usłyszałam od osoby duchownej, że wolno przebaczyć i nie chcieć pojednania, czyli można po przebaczeniu chcieć zachować dystans, a nawet rozstanie z osobą, która wyrządziła krzywdę. To jest moje świadectwo o tym, że osoby duchowne z autorytetem są bezcenną pomocą na drodze życia duchowego, żeby taką trudną, ale jak lekarstwo, prawdę zdołać przyjąć, a w chwili próby nie odrzucić. Tylko dlatego, że powiedział to profesor teologii katolickiej, zgadzam się nawet po już sporej ilości lat, że faktycznie, chyba można. Inną sprawą, o! zupełnie inną!, jest kwestia umiejętności pojednania, jeśli ktoś by chciał. Ale ten kłopot nie tylko nadaje się na psychoterapię. Całkiem serio można prosić o tę umiejętność w modlitwie. Co jeszcze dziś przychodzi mi na myśl? Znów coś o nawróceniu: Boże Miłosierdzie to największy Boży przymiot, który w obrazie „Jezu ufam Tobie” wskazuje Boga i człowieka, więc pewnie jeśli nie jest się teologiem Bożego Miłosierdzia, można pomyśleć o nawróceniu drugiego etapu, czyli do Miłości Miłosiernej, a więc do Jezusa Miłosiernego, albo do Matki Bożej Miłosierdzia, a potem o nawróceniu w naturalnych i nadprzyrodzonych relacjach w taki sposób, żeby okazywać wdzięczność za okazywane dobro. Jeśli i tu wszystko będzie w miarę dobrze, w końcu możemy nawrócić się także w naszej spontanicznej radości życia, czyli po prostu być znów serdecznym człowiekiem. Tak długo, jak długo się da. Dopiero jeśli się już nie da, ponieważ znów zagrodzi nam drogę jakiś parszywy grzech, wracamy do Bożego Miłosierdzia, a potem, jak się znów trochę podgoimy, powinniśmy się nawrócić do... Pana Jezusa Miłosiernego, a następnie do... wdzięczności (wdzięczność jest dobrem jednoznacznym), po to właśnie, żeby za jakiś czas znów się okazać... jednym z normalnie serdecznych ludzi..., którzy już nie z wdzięczności, ale dlatego, że takie nabożeństwo lubią: zostają czcicielami Bożego Miłosierdzia.

Renata Kucharska

,

Bardzo serdecznie zachęcam do spokojnego i uważnego przeczytania analizy prawnej ekskomuniki za aborcję, ponieważ niesie ogromne duchowe pocieszenie dla nas, katolików, a na pewno potrzeba nam teraz, w czasie walki z pandemią koronawirusa, prawdziwych, popartych prawidłowym rozumowaniem i rzetelną wiedzą, pocieszeń, co na pewno może owocować pełnym nawróceniem z grzechu aborcji. Jedyne co w tym przypadku trzeba, to chcieć takiego nawrócenia. Nawróceniem z grzechu aborcji może być nawet przyznanie się do takiej prawdy o popełnionym czynie: „Teraz, kiedy odważnie 'spojrzałam prawdzie w oczy' widzę wreszcie co się wtedy wydarzyło: to było na pewno zniewolenie, a nie czyn w pełni świadomy i dobrowolny, a jeśli to było na pewno zniewolenie, nie można mówić o aborcji! Nie mam grzechu aborcji, chociaż faktycznie wzięłam po tamtym gwałcie 'tabletkę po', ale nie mam tego grzechu!, ponieważ to co się wtedy wydarzyło było parszywym łajdactwem skierowanym przeciwko mnie, po którym na pewno byłam przynajmniej kilkanaście godzin, jeśli nie kilkanaście miesięcy!, w krytycznej rozpaczy!” To trzeba w sumieniu rozważyć, na dodatek w sumieniu własnym, a sumienie 'powie' jak było naprawdę, a także czego już nie da się rozeznać.

17 kwietnia 2020 r., piątek w oktawie świąt Zmartwychwstania Pańskiego

Dziecko zapytało swoją mamę, która próbowała coś precyzyjnie narysować, ale wyglądało, że się nie udaje:

— Mamo, czy ty coś widzisz?

Mama odpowiedziała spontanicznie:

— Nie dokuczaj mamie, bo zamiast bajek mama ci będzie czytała RODO.

13 kwietnia 2020 r.

Poniedziałek Wielkanocny; pomyślałam dziś, że może trzeba też sprawdzić na ile substancje lotne, takie jak perfumy, wody perfumowane, wody toaletowe, na pewno nie są transporterami struktur białkowych koronawirusa, tzn. czy na pewno tego typu substancje nie przyczyniają się do rozprzestrzeniania się tych zarazków. Pewnie, zanim to będzie wiadome, warto na czas pandemii odłożyć tego typu gadżety i ich nie używać, ponieważ to na pewno nie zaszkodzi.

11 kwietnia 2020 r.

Wielka Sobota 2020; trzecim nawróceniem powinno być nawrócenie dotyczące uznawania siebie za 'doskonale rozumiejącego drugiego człowieka po samym tylko krótkim na niego spojrzeniu'. (...)

10 kwietnia 2020 r.

Wielki Piątek 2020; drugim nawróceniem na poziomie ogólnoludzkim, do którego także bardzo zachęcam i także nie od dziś, tylko już wiele lat, jest nawrócenie dotyczące tego wszystkiego co może sprawiać ludziom myślącym inaczej, niż my (katolicy, chrześcijanie, ludzie pro-life) myślenie o nas jako o osobach autodestruktywnych, a to trzeba domniemywać w sposób w jaki rozeznajemy tzw. niebezpieczne znaki, które nie są jednoznaczne, czyli mogą być dla nas bez znaczenia (mogą się nam podobać w sensie estetycznym) lub da się je interpretować pozytywnie („każda rzecz jest dobra przez to, że istnieje, więc to też”), ale dla innych mogą mieć znaczenie jednoznacznie złe, tyle że my się w tym nie orientujemy. To jest więc moja zachęta do podejmowania nawróceń z new age!, ponieważ te nawrócenia, żeby w ogóle zaistniały w większym zakresie, muszą wreszcie przyjąć w swoim życiu duchowym tę prawdę, że nie wszystko dla wszystkich znaczy to samo, więc jeśli dla nas coś nie znaczy nic złego, ale inni uważają, że to na pewno znaczy złe, a da się to rozeznać za pomocą własnego rozumu, rozeznajemy i pozbywamy się tego typu balastów, żeby właśnie ktoś nie uznał nas za autodestruktywnych, ponieważ jak uzna, może się przestraszyć i zacząć panikować, a to jest zawsze, a nie tylko teraz, niebezpieczne. Przykład dotyczy motyli: jeśli motyl jest widocznym znakiem szkodnika na roślinach, to dobrze, że jest wyraźny, ponieważ kto wie, że motyle to szkodniki, poszuka gąsienic żrących jakieś liście, np. kapusty i uratuje tę kapustę, a z motylich skrzydełek zrobi piękny obraz (widziałam przepiękną ikonę wykonaną ze skrzydeł motyli), ale jeśli jakaś grupa ludzi umówiła się, że motyle oznaczają cały ruch new age, a niewiele więcej o tym wiemy, to jeśli nie wiemy, nie ozdabiamy się tym o czym mało wiemy, bo może to sprawić poważne nieporozumienia; czyli to nawrócenie jest nawróceniem z myślenia tylko o sobie, ale nie jest łatwe (tak naprawdę jest bardzo trudne), ponieważ dzieje się na poziomie światopoglądowym: 'dla mnie to nic nie znaczy, ale dla innych może znaczy, może nawet jakąś autodestrukcję, więc REZYGNUJĘ! z tego i nie noszę więcej tego typu ozdób, jeśli je nosiłam/nosiłem: na sobie, na ubraniu, na aucie, na pościeli, na moich dzieciach, na serwisie obiadowym itd'. Także dlatego, że szanować trzeba także naszą psychikę! Bardzo serdecznie zachęcam do tego nawrócenia. Św. Jan Paweł II też na pewno zachęca do takiego nawrócenia, ponieważ w wezwaniach w litanii do św. Jana Pawła II jest wezwanie „szanujący przeciwników i prześladowców” Ludzie nieochrzczeni, którzy panicznie boją się chrztu, mogą mieć duchową projekcję (mam na myśli rodzaj zniewolenia) złego ducha, więc potrzeba modlitwy błagalnej o uwolnienie, żeby nie panikowali, jeśli nie mają zagrożenia życia, ale żeby w wolności sobie rozeznawali czego dla siebie chcą. Do tego potrzeba dużo modlitw błagalnych o uwolnienia od duchów niemych i niemocy, właśnie dla nas, chrześcijan, żebyśmy mogli zacząć mówić (w ogóle, albo dużo lepiej) co komu dolega, albo żebyśmy mogli sobie pisać blogi, ponieważ to nas pocieszy, czyli można uznać za przejaw miłości wzajemnej. To, że tyle piszę po latach milczenia, zawdzięczam modlitwom w mojej intencji o uwolnienie właśnie od tego typu złych duchów! Chrześcijanie pomagają, w ogóle nie są autodestruktywni, ale sekty (różne) nas, chrześcijan, nas, katolików, przekłamują, a czasem też i oczerniają, więc tworzą się koszmarne nieporozumienia na ten temat. Mniej więcej da się to zrozumieć, jeśli się zrozumie oczywistość: że i pszczoły pomagają, ale niektórzy się ich boją, a inni mówią na pszczoły, że to małe szerszenie, podczas gdy pszczoła na pewno nie jest małym szerszeniem.

22 lutego 2020 r.

Duchowe pieluchy macie w Fundacji Małych Stópek. Co to znaczy? To znaczy, że jeśli pojawi się potrzeba pieluch, trzeba zaraz ufundować 1 paczkę pieluch Pielucha dla Malucha w tej Fundacji. Tak długo trzeba fundować i tak często, jak pojawia się taka rzeczywista potrzeba, a Was na to rzeczywiście stać.

listopad 2019 r.

Najważniejsza jest modlitwa. Gdzieś w naukach św. Tomasza z Akwinu trafiłam przed laty na podpowiedź o tym, że modlitwa ma duszy modlącej się smakować, a jeśli nie smakuje, powinna ją na jakiś czas odłożyć. To jest bardzo mądre podejście do modlitwy, bo więcej szkody może uczynić duszy zadawanie sobie na ten temat przemocy, niż właśnie odejście na jakiś czas od modlitewnych obowiązków, jeśli stają się rzeczywiście przykre, i na pewno nie wynika to z problemów z własnym nawróceniem. Niechęć do modlitwy można przezwyciężać jakiś czas, ale jeśli nic nie pomaga, trzeba odpocząć od modlitwy ustnej. Nie ma natomiast mowy o odejściu od modlitwy nieustannej. Jaka modlitwa ustna? Oczywiście Jutrznia z Godziną Czytań lub Nieszpory z Godziną Czytań (chodzi o to, żeby Godzinę Czytań odmawiać razem z Jutrznią lub Nieszporami; to jest charakterystyczne w tym powołaniu i w związku z tym bardzo ważne, żeby o tym nie zapomnieć i tego zwyczaju nie zniszczyć), Kompleta. Tyle na ten etap czyśćca. Brewiarz czterotomowy, ale nie monastyczny. Czym jest dla nas modlitwa ustna? Modlitwą wypowiadaną na głos lub półgłosem, albo szeptem.

21-22 stycznia 2020 r. (w tygodniu modlitw o jedność chrześcijan)

Wystarczy przeczytać z uwagą cały Katechizm Kościoła Katolickiego, żeby zrozumieć chrześcijaństwo, np. o przebaczeniu: „Liturgia bizantyńska zna wiele formuł rozgrzeszenia, w formie modlitwy błagalnej, które doskonale wyrażają tajemnicę przebaczenia: «Bóg, który przez proroka Natana przebaczył Dawidowi, gdy wyznał on swoje grzechy; który przebaczył Piotrowi, gdy ten gorzko zapłakał, i grzesznicy, gdy łzami obmyła stopy Pana; który przebaczył celnikowi i synowi marnotrawnemu; niech ten sam Bóg — przeze mnie, grzesznika — przebaczy także tobie w tym życiu i przyszłym. Niech cię nie potępi, gdy staniesz przed Jego straszliwym trybunałem, Ten, który jest błogosławiony przez wszystkie wieki wieków. Amen»” (KKK, 2002: 361).

Sprawa na teraz: W odrzuconym przez Kurię Metropolitalną w Krakowie pomyśle (pomysł ten przedstawiłam w grudniu 2018 roku w spontanicznej notatce [można ją zobaczyć]) na Sanktuarium Bożej Wolności, które mogłoby zająć 1/10 (maks. 1/8) terenu krakowskich Błoni, co na pewno nie zniszczyłoby uświęconego Papieskimi pielgrzymkami charakteru tej naszej „świętej łąki”, w uogólnieniu chodzi o takie rzeczy:

  1. o dwie strefy ciszy (w kościele o ciszę „pierwszej klasy”, która bierze się z milczenia osób modlących się i jest dla osób, pragnących się modlić; w enklawie czystego powietrza wokół kościoła chodzi o ciszę „drugiej klasy”, która byłaby dostępna na poziomie ogólnoludzkim, jak w ogrodzie botanicznym, chodzi o ciszę, którą można by nazwać w duchu powszechnego braterstwa ciszą niereligijną, dostępną dla każdego człowieka dobrej woli),
  2. o zwrócenie uwagi na problem niegodnego przyjmowania Komunii św.,
  3. o ochronę jakiejś części dziedzictwa kultury chrześcijańskiej zachodniej (tam, gdzie ono jest mocno zagrożone lub w tym w czym ono jest mocno zagrożone) w ramach architektury takiego sanktuarium (w Krakowie chodziło mi o tzw. dach polski krakowski),
  4. o dyskretną katechezę o wolności Bożej, nie tak dużym jak miłosierdzie przymiocie Bożym, ale równie bezcennym, który też można a nawet warto, zwłaszcza w Polsce, pokornie czcić,
  5. o promocję prostego świadectwa w życiu zawodowym chrześcijanina i cichą promocję różnych kultur (restauracje świata ze znakiem krzyża na ścianie w każdej takiej restauracji), co można też rozumieć jako „katechezę” życiem o tym czym jest prawdziwa inkulturacja,
  6. o pomoc głodnym przez wydawanie pozostałych po dniu pracy tych restauracji pokarmów ludziom, których na jedzenie na pewno nie stać, więc są naprawdę głodni, czyli – innymi słowy – cierpią prawdziwy i niemiłosierny głód,
  7. o strefę wystawienniczą i edukacyjną w strefie ciszy „drugiej klasy” na temat rozwiązań przeciwsmogowych,
  8. o strefę czystego powietrza w centrum miasta, nawet ze wskaźnikami, do sprawdzenia przez każdego, w którym dobrze czuliby się nie tylko alergicy, ale też studenci, którzy mogliby do takiego miejsca podobnego do ogrodu botanicznego przychodzić się uczyć,
  9. o mecenat kulturalny dla profesjonalnych rzeźbiarzy świata, którzy chcieliby rok życia poświęcić na rzeźbę religijną (zgodną z nauczaniem Kościoła Rzymskokatolickiego) oraz o promocję rodzimych gatunków drewna, które nadają się najlepiej właśnie do rzeźbienia,
  10. o jeszcze jeden podziemny parking, ponieważ to się zawsze przydaje w centrum dużego miasta.

Przepraszam, że wróciłam do tego tematu, ale mój pomysł wydaje mi się lepszy dla krakowskich Błoń od pomysłu na tor wyścigowy dla wyścigów konnych.

20 stycznia 2020 r.

Dzieci! Konie na wyścigach nie są traktowane humanitarnie, bo w wyścigach nie chodzi o konie, ale o spektakularne zwycięstwo. Bywa, że się łamią (to jest widowiskowe), a jak się połamią, to idą na rzeź, bo nie opłaca się ich leczyć. To jest złe podejście do koni, więc chciałabym, żebyście go nie miały, nigdy i wcale! Z tego powodu pozwalam Wam zobaczyć (ale tylko tyle, co w tym zakresie widać, jeśli się wpisze w pasku adresu wyszukiwarki internetowej link jednej ze stron Fundacji Brigitte Bardot): http://www.jenemangepasdecheval.com/category/videos/, natomiast nie wolno Wam oglądać filmów, które tam są udostępnione, ponieważ na pewno są zbyt drastyczne. Człowiek jest dużo, dużo ważniejszy, niż konie, więc na pewno najpierw trzeba ratować człowieka (od poczęcia do naturalnej śmierci), ale ludzką cechą naturalną jest myśleć o drugim, obmyślać jak mu pomóc, jak go ocalić, a potem mu rzeczywiście pomagać i go naprawdę ocalać, więc na pewno można ratować życie ludzkie zaczynając od ratowania koni. Ale trzeba to robić godziwie, czyli nie wplątywać w to działanie tego wszystkiego co ratowaniu życia przeczy, czyli np. magii, również białej, czyli tego co wygląda nawet na "właściwie baśniowe", ale potem wystawia rachunek nie do zapłacenia, a z czego jedyną drogą ewakuacji jest własna decyzja o własnym nawróceniu, czyli trzeba ratować te i inne zwierzęta na poziomie porozumiewania się ogólnoludzkim, a więc na takim poziomie, na którym prawie wszyscy się dogadujemy, np. w czasie ratowania miasta przed powodzią (dogadujemy się wtedy tak: „Co podać?”, „Co przynieść?”, „Kogo zastąpić, bo już pada ze zmęczenia, a ja jeszcze czuję się na siłach chwilkę dłużej zostać?”, „Gdzie jeszcze pomóc?”, „Gdzie jeszcze się przydam?” itd.). Proszę, konie ratujcie Wy też. Nie wcinajcie kabanosów z koniny. Właśnie konie są obrazem szczęśliwej wolności. Nie pomoże wolności ich męczenie i zjadanie. Raczej spróbujcie zdobyć do Waszej szkolnej miediateki serial Karino, a jeśli kogoś z Was będzie na to stać, też adoptujcie jakieś zwierzę. Nauczcie się Maryjnej wrażliwości na cierpienie zwierząt i tej, która pozwala mieć dla zwierząt Jezusowe serce. Niektórzy postanawiają wcale nie jeść mięsa, a nie tylko tego, które było męczone. Po co tak postanawiają? Nie tylko z powodu własnej wrażliwości. Nawet tak naprawdę rzadko z tego powodu. Dużo częściej po to, żeby włączyć się w ten sposób w szukanie skutecznych sposobów na wyżywienie ludności świata, czyli żeby za jakiś czas naprawdę było mniej głodu na świecie. Przekonują sobą, że można żyć zdrowo nie jedząc mięsa. W zasadzie chyba nikt tego nie rozumie z osób, które oburzają się na tych, którzy nie chcą jeść mięsa, ale to da się zrozumieć. Z kolei ci co jedzą mięso przekonują własnym świadectwem o czymś innym. I to też jest potrzebne. Kiedyś była w Krakowie hodowla koników polskich. Przecież dlaczego ich już nie ma! Przecież można zrobić na krakowskich Błoniach hipoterapię!, lub w ogóle atrakcję (i dla dzieci, i dla dorosłych) polegającą na kontakcie z końmi, na nauce jazdy na koniu. Różne stopnie zaawansowania, różne rasy itd. Zobaczcie ten obłędny film o konikach polskich: https://www.youtube.com/watch?v=dqUJ_VuYyf4

18 stycznia 2020 r. (sobota)

W życiu duchowym nie wszystko jest widzialne, niewidzialne i proste, ponieważ niektóre rzeczy i „rzeczy” okazują się czasem skomplikowane (od razu lub np. po kilku latach). Jednak życie duchowe na pewno naturę akceptuje, a nawet jeszcze więcej, jest z naturą „związane”, więc można być prawie pewnym, że niektóre tematy i problemy rozwiązują się w ten sposób, że mają swój koniec taki jak problem związany z oszczędzaniem wody w miejscach, w których tej wody rzeczywiście brakuje, ale w związku z naturalną potrzebą oblewania się tą wodą, której rzeczywiście brakuje, przez słonie. Nie można powiedzieć słoniom, żeby tego nie robiły, ponieważ są przez to nieekologiczne. Nie można nawet zająć się modyfikacją genetyczną słoni, żeby tej wody tyle nie zużywały, ponieważ byłoby to absurdalne i z dużą szkodą nie tylko dla słoni, ale także dla człowieka. I to jest przykład końca rozeznawania rzeczy lub „rzeczy” zgodny z naturą, czyli w życiu duchowym, czyli w takim rozumieniu czystości, której nie brudzi nie tylko woda z trąby słonia, ale też błoto, w którym to zwierzę czasem się tapla. Dodam, że nigdy nie myślałam inaczej. Rozeznawanie można też skończyć na żyrafie. Przecież wiadomo, że nikt nie idzie na terapię z tego powodu, że nie podoba mu się długa szyja żyrafy. Jak nie podobają się żyrafy, idzie się oglądać zebry.

17 i 18 stycznia 2020 r.

Chyba to też powinnam lub mogę napisać: jeśli chodzi o interkomunię (prawo do przyjmowania Komunii św. przez męża i żonę, jeśli jedno z małżonków jest protestantem, a drugie katolikiem), intuicyjnie nie jestem za, ponieważ intuicyjnie (intuicyjnie = bez studiów magisterskich z teologii) uważam, że to jest mieszanie wina z wodą w ilości pół na pół (mam na myśli sytuację w małżeństwie), a to jest niedobra proporcja. Lepiej chyba, żeby była możliwość większej tęsknoty za Bogiem (a tę większą możliwość pielęgnuje brak interkomunii), ponieważ wtedy jest większa szansa pełnych nawróceń, które mogą być różne. Mogą polegać na pełnym powrocie do Kościoła Rzymskokatolickiego przez przejście do nas, katolików, lub mogą się realizować inaczej: przez podjęcie pełnego posłuszeństwa Papieżowi, jak zrobił śp. Brat Roger, który całkowicie się nawrócił, co zaowocowało tym, że już nie z własnej woli, ale z woli św. Jana Pawła II pozostał w swojej wspólnocie. Ale jeśli w przemyśleniach na temat interkomunii uwzględni się tamtą decyzję Świętego Papieża, na pewno można w niej zauważyć miejsce i poparcie dla interkomunii z protestantami. Posłuszeństwo Papieżowi dużo więcej znaczy, niż prywatna, nawet prawidłowa, logika.

16 stycznia 2020 r.

To jest charakterystyczne dla braci kaneanów, dla serduszków i dla stokrotów, że nie są ojcami, ale tylko braćmi. Piszę o tym w czasie teraźniejszym, ponieważ część z moich dzieci duchowych wydaje mi się, że jest w czyśćcu (albo ich czyściec polega na tym, że odkrywają prawdę o swoim powołaniu, ale nie ma ich z nami, ponieważ, np. na skutek ciężkiej choroby w młodym wieku odeszły już do Pana, albo na tym, że choć żyją gdzieś na tym świecie, to jednak w sensie duchowym za daleko ode mnie, więc nigdy za życia nie dowiedzą się, że są moim dziećmi, co oznacza tak naprawdę, że też są w kościele cierpiącym, ponieważ już za życia bardzo cierpią, a nie są w stanie zrozumieć czemu [jakby były w nocy ciemnej]) i spotkamy się dopiero w niebie, ale na pewno pomagają modlitwą.

Kto uważa, że ma już 12 lat, idzie uczyć się życiowej mądrości. Proszę się do mnie czasem z tych odległości odezwać. Natomiast zobaczyć chcę Was na Wasze 21-sze duchowe urodziny (kto dojdzie do wniosku, że z całą pewnością ma już 21-sze duchowe urodziny, szuka mnie i zgłasza się do mnie na rozmowę). Macie być cali, zdrowi i... wciąż mądrzy. Potem do 30-tki potrzebny Wam będzie duchowy Nazaret, czyli czas modlitwy spędzony wraz ze Świętą Rodziną (tylko przy Panu Jezusie, Matce Bożej i św. Józefie w Nazarecie da się wytrzymać do duchowej 30-tki, a nauczycie się tam wszystkiego), czyli już nie ja. I najprawdopodobniej tyle.

14 stycznia 2020 r.

Chyba powinnam to napisać: moje duchowe dzieci nie biorą się ani z naboru, ani z agitacji, ani tym bardziej z jakiejś psychomanipulacji, ale – Bracia Kaneanie i Siostry Kaneanki: z mojego spostrzeżenia, że trzeba dać jakieś bardzo konkretne życiowe wsparcie ludziom, którzy mają dręczenia myślami samobójczymi, ponieważ z całą pewnością da się te pokusy szczęśliwie i trwale odeprzeć, a bywa, że zwycięzca w tych duchowych walkach potem odkrywa prawdziwe powołanie do życia konsekrowanego oraz z mojego spostrzeżenia, że każdy, nawet osoba duchowna w Hierarchii, potrzebuje wsparcia (osłony przeciwdepresyjnej) na tematy pro-life, ponieważ to są tematy nie do udźwignięcia po ludzku; Serduszka i Serduszki: z mojego spostrzeżenia, że dużo ludzi w krajach wysokorozwiniętych, mocno zlaicyzowanych cierpi na przerażenie na tematy katolickie, a przeraża ich nawet samo to przerażenie, które w związku z tym dość często wypierają, więc doszłam do wniosku, że warto wyjść do ludzi w ogóle, żeby będąc wśród odważnych (takimi są z pewnością ludzie pracy z „zacięciem” biznesowym i również ludzie drogi) czasem obecnością dać wsparcie temu człowiekowi, który się boi (jego raczej nie widać, ponieważ on jest „jak każdy inny”, ale na pewno za mocno cierpi, ponieważ odczuwa za silny lęk, tylko że rzadko wie dlaczego, ale ten lęk na pewno zmniejsza obecność drugiego, który ten problem dobrze rozumie, ponieważ albo sam się z nim uporał, albo towarzyszył komuś kto ten lęk autentycznie przezwyciężył), Stokroci i Stokrotki: z mojego spostrzeżenia, że autyzm jest bardzo ciężką dysfunkcją społeczną, dla której potrzeba duchowych sił nadprzyrodzonych, żeby opiekunowie świeccy byli w stanie szczęśliwie, a nie na sposób męczeński, im pomagać. To oczywiście nie wszystko na temat skąd się biorą moje duchowe dzieci, ale może tyle wystarczy. Na dzień dzisiejszy więc chodzi tylko o to, że kto się znalazł w krytycznej sytuacji w życiu duchowym, że już absolutnie nic mu nie pomaga, a chce się ratować, może jeszcze próbować właśnie czytając moje (czasem mądre, a czasem ledwo tylko może z żartem) teksty i znajdując tu jakieś podpowiedzi jak ciekawie dalej żyć, jeśli Duch Święty chce. Oczywiście tu i teraz tylko na własną odpowiedzialność. Na dodatek sprawa dotyczy tylko katolików na drodze nawrócenia, ponieważ nie umiem dać tego typu wsparcia nikomu innemu. Myślę, że można ten akapit podsumować tak: Dzieci duchowe moje oraz stan kobiet konsekrowanych to osoby duchowo żywe uratowane, które – na dodatek – naprawdę chcą być moimi duchowymi Dziećmi oraz także formalnie mieszczą się w kryteriach przyjęć, które to kryteria aktualnie nie są dookreślone w 100%.

10 stycznia i 6 lutego 2020 r.

Dzisiaj dygresja: chciałam powiedzieć, bo chyba dobrze, żeby moje Dzieci o tym wiedziały i dobrze rozumiały, że po dość długim namyśle zdecydowałam jednak nie skorzystać z małego ZUS-u, choć „ziuś” to dla mnie spory wydatek (od stycznia 2020 r. ok. 1500 zł miesięcznie). Chciałam dodać jeszcze wyjaśnienie: dopóki przepisy prawa dopuszczają choćby jeden przypadek aborcji, nie mogę skorzystać z ulg na ZUS, ponieważ ulga ta wymusza płacenie wyższych podatków dochodowych, a te mogą być przeznaczane na wydatki związane z tymi przepisami dopuszczającymi aborcję! „Wolę” (tak naprawdę, dopóki mogę, muszę) więc płacić pełną kwotę ZUS, ponieważ wtedy trzymam się (w łasce uświęcającej, bez zagrożenia ekskomuniką latae sententiae, bez zagrożenia ciężkim zniewoleniem!) myśląc, że pieniądze te idą na pomoc przynajmniej osobom starszym, chorym i niepełnosprawnym, a może też na zasiłki dla matek z małymi, chorymi lub niepełnosprawnymi dziećmi, co wyraziłam pisząc, że po tej mojej decyzji, jak długo zdołam wytrzymać, będę płaciła „ziuś”. Uważam, że w tego typu sytuacjach trzeba więcej zarabiać, żeby można było płacić bez wysiłku pełny ZUS, a nawet, żeby można było płacić za usługi lekarskie, a ZUS zdrowotny na wypadek, gdyby trzeba było kiedyś skorzystać z leczenia szpitalnego, ponieważ to jest na pewno bardzo drogie leczenie. Wobec powyższego chciałam też powiedzieć, że uruchomiłam wreszcie moją pierwszą witrynę z płatnym dostępem: Galerię Obrazów Kwadratowych, na którą oczywiście zapraszam (opłata jest niewielka).

8–11 stycznia 2020 r.

O tym kiedy można lub warto skorzystać z prawdziwej psychoterapii na dzień dzisiejszy mam takie zdanie: po doświadczeniu przemocy osoba poszkodowana, jeśli rozpoznaje, że ma serce z kamienia (ale w tych przypadkach nie chodzi o czyny, tylko o uczucia i emocje, co jest rozpoznawane jako własne spostrzeżenie we własnej duszy, które można zwerbalizować w następujący sposób: 'nic nie czuję w sytuacjach, w których na pewno powinnam/powinienem się przynajmniej odrobinę wzruszyć, a tak naprawdę to rozpłakać lub aż krzyczeć z bólu'), a nie z ciała. Można domniemywać zablokowanie możliwości rozeznania powołania do życia konsekrowanego, jeśli w przeszłości (w dzieciństwie, a potem w młodości) było doświadczenie przemocy od najbliższych, lub w relacjach rówieśniczych, ale nie drobnej przemocy afektywnej (ktoś się zniecierpliwił na faktycznie złe zachowanie dziecka i trzepnął je ścierką), tylko przemocy zadanej z premedytacją. Także wtedy może się zdarzyć to zablokowanie, jeśli przy zadanej przemocy, która wydawała się dziecku, a potem osobie bardzo młodej 'nawet sprawiedliwą karą', odczucie bólu fizycznego było zbyt silne i wytworzyło uraz. Również warto przepracować sytuacje z dzieciństwa, w których osoby przekazujące wiarę, były surowe, nie adekwatnie do popełnionego złego czynu karcące i faktycznie niesprawiedliwe. Te przeszłe problemy można rozpoznać dopiero w dorosłym życiu, ale psychoterapię lepiej sobie zafundować najpóźniej do 40-tki, ponieważ potem może być za silnie obciążająca właśnie serce osoby w terapii. Na własną odpowiedzialność się wybiera psychoterapeutę, a ryzyko, że nie trafi się dobrze jakieś pozostaje zawsze. Jednak na pewno można a nawet trzeba sprawdzić kwalifikacje wybranego psychoterapeuty oraz zakontraktować problem do przepracowania i czas, także cenę. Dobrze też wziąć pod uwagę orientację światopoglądową własną i zastanowić się jakie to może tworzyć dodatkowe problemy. Niektóre zranienia goją się po 2-3 sesjach. Dosłownie. Inne potrzebują na ich dookreślenie, opatrzenie i sprawdzanie czy się dobrze goją kilku czy nawet kilkunastu miesięcy. Uważam, że psychoterapia, która trwa dłużej niż dwa lata wychodzi poza zakres spraw, o których wspomniałam w tym akapicie. Uwaga na szarlatanów, czyli np. ludzi, którzy twierdzą, że po psychoterapii jednej, trzeba iść na drugą, bo nie można być w dobrej formie po psychoterapii z tej a tej szkoły, co dany 'psychoterapeuta' mówi, że "widzi gołym okiem", a rzekomy "poszkodowany" dowie się, jak znów pójdzie na psychoterapię, tę już "na pewno dobrą". Jeśli jednak pierwsza psychoterapia okazała się szarlatanerią, na pewno potrzeba pomocy psychiatrycznej, a psychoterapia, która czasem bywa w tych sytuacjach zalecana przez lekarza psychiatrę jako wspomaganie leczenia farmakologicznego, nie może być nową operacją, a tylko psychoterapią wspierającą, czyli blokującą naturalną rozpacz osoby poszkodowanej (na dodatek wtedy zawsze chodzi o rozpacz adekwatną do sytuacji, czyli np. związaną z utratą pracy, a strata ta jest rzeczywiście nie do odrobienia; charakterystyczne jest to, że nie dotyczy ta rozpacz osoby, która np. uwiodła, tylko sytuacji własnej osoby poszkodowanej [przy okazji wyjaśnię, że zdrowie psychiczne to adekwatność do sytuacji; tak naprawdę nie da się tego rozpoznać przez kulturę bycia w społecznościach, ale tylko przez dokładne, profesjonalne i uczciwe badanie danej sytuacji]; klimat tej rozpaczy można pojąć w jakiejś odrobinie na takim przykładzie: młoda dziewczyna nauczyła się grać na gitarze, zresztą za namową księdza moderatora, który chciał, żeby na oazie prowadziła scholę i grała na młodzieżowej Mszy św.; grała przez dwa lata, a potem zachorowała na anginę i szkarlatynę; jak wróciła, okazało się, że już jest ktoś inny na jej miejsce i nie da się już tego zmienić; następnie ktoś powiedział, że chorowanie na anginę świadczy o przemocy w rodzinie, więc jak znów zachorowała i nie była w stanie z 40-stopniową gorączką i bólem gardła zagrać w dwóch przedstawieniach oazowych jasełek, szybko poszukano dla niej dublerki i też jej podziękowano, co nie było trudne, bo nawet jak była zdrowa nie chciała zostawać na coraz to kolejnych jasełkowych próbach do 11 w nocy, a nie chciała, ponieważ pani reżyser uważała, że nie musi, a mieszkała prawie pół godziny drogi na piechotę, więc mając lat 17 czy 18 bała się wracać po nocy, a i matka prosiła, żeby wracała do domu wcześniej, bo o tej porze w latach 80-tych XX w. było w Kakowie na pewno niebezpiecznie; następnie jak doszła do wniosku, że w takim razie odejdzie z oazy, bo po co ma przychodzić, jak i księdza moderatora przeniesiono, i faktycznie odeszła z tej oazy, jeszcze jej powiedziano [po roku jakoś], że cała oaza się rozleciała dokładnie przez to, że odeszła). Tak powinno być, jednak skutki uboczne tego pomagania są niezwykle uciążliwe, ponieważ część z ludzi uważa, że psychoterapia wspierająca jest tylko dla ludzi psychicznie ciężko chorych (czyli w zasadzie "na pewno schizofreników", ale znów chodzi o ludzi poszkodowanych, którzy są autentycznie społecznie wykluczani [wykluczonej społecznie starszej pani nawet nie mówi się "dzień dobry", a jak ona "wreszcie" przełamie kulturalne wrodzone zasady i nieoczekiwanie pierwsza powie do dwudziestolatka z sąsiedztwa, to się przecież nie odpowiada, bo wiadomo, że jej nie wypada pierwszej zacząć, powinna to wiedzieć, więc dlaczego nie wie?, jest to więc siła większa od osobistej lub nabytej kultury]), a tych ci lub inni ludzie chętnie i bardzo niebezpiecznie, np. dlatego, że lubią, atakują, co sprawia odnowienie starej traumy i obdarza "zespołem" traum nowych, a od tego już na pewno można zwariować, czyli skończyć w zakładzie dla obłąkanych na dożywociu, bo przecież gdzieś się trzeba w serdecznych relacjach odnaleźć, a tam są serdeczne relacje. To dość głośne mówienie, że psychoterapia wspierająca jest tylko dla osób ciężko zaburzonych (bycie osobą poszkodowaną przez uwiedzenie też nie jest zaburzeniem, ale właśnie uszkodzeniem [nie wirusem, ale czymś co można określić jako rozregulowanie pracy mózgu; czymś co może się też zdarzyć np. na skutek hiperwentylacji, ale bardziej chodzi wtedy o uszkodzenie relacji z ludźmi, co może skutkować szokiem, a przy szoku może się pojawić silniejszy oddech, który może spowodować nawet hiperwentylację]) jest nie tylko podłe, ale też kłamliwe, a najgłośniej to mówią ci, którzy sami zaburzają, czyli ta szarlataneria. To jest więc temat do wyjaśniania i edukacji, żeby ludzie nie rzucali się jedni na drugich. Po psychoterapii, jeśli opatrywane były bardzo duże rany, pozostają na duszy blizny, co w duchowym kierownictwie powinno lub może się czasem ujawniać. Psychoterapia z częstotliwością 1 sesja 50 minutowa w miesiącu nic nie daje. Co dwa tygodnie w zasadzie też, ale może ktoś potrafi z tego skorzystać. Raz w tygodniu, tyle jest OK. Jeszcze jedna moja rada: osoba w terapii zakochuje się w psychoterapeucie zawsze tylko na własną odpowiedzialność, czyli tak naprawdę nie powinno dojść do zakochania się. Tylko to jest uczciwe. Jeśli to się nie udaje, trzeba zerwać kontrakt, ponieważ trzeba domniemywać próbę uwiedzenia osoby w terapii. To jest bardzo poważna sprawa, ponieważ osoby w terapii uwiedzione przez psychoterapeutów mogą sobie nie poradzić potem z wydostaniem się z tej nowej traumy bez pomocy lekarza psychiatry, a nawet bez hospitalizacji. Naprawdę! Znaki uwodzenia są jednoznaczne i czytelne. Jedyne co jest niewyjaśnione, to właśnie fakt uwodzenia, ponieważ wydaje się być prawdziwym i to bardzo poważnym uczuciem do osoby w terapii: podczas 50-minutowej sesji terapeuta trzyma osobę w terapii za dłonie i delikatnie te dłonie masuje przez 40 minut sesji. Na następnej sesji na pożegnanie czule przytula. Na następnej znów czuje przytula. Potem nie pozwala odejść. Nawet funduje jedną sesję dodatkową itd. (to się oczywiście zgadza, ale mam na to dwa wyjątki: 1. odcięcie się od profanicznego charakteru jogi może wręcz potrzebować aż tak dwuznacznych gestów drugiego człowieka, żeby osobę poszkodowaną wydostać z ukrytych profanacyjnych warunków, które tego typu ćwiczenia niosą, jeśli miał np. wiele razy deptane na zajęciach dłonie, oczywiście w celach gimnastycznych, dlatego mówię o ukrytych warunkach profanacyjnych [warunki profanacyjne to te sytuacje, w których został podany jakiemuś człowiekowi mocny argument uzasadniający pogardę kogoś innego do tego człowieka {lub pogardę własną do siebie samego, co jest na pewno przeciw przykazaniu miłości, więc z czego można się śmiało nawrócić}, jeśliby ten inny chciał z niej skorzystać {w Indiach mogło kiedyś chodzić np. o to, żeby żona pozwoliła się spalić po śmierci męża; w naszych realiach, może chodzić o coś, co można metaforycznie określić jako duchowy przepływ miłości, czyli o jakieś odizolowanie osób, które ćwiczą jogę, ale w sposób, który jest nie do wymyślenia, czyli właśnie w sposób ukryty, co przejawia się np. przez wyglądające na nieuzasadnione/irracjonalne nielubienie kogoś, kto przecież jest super, więc dlaczego?}], w tych sytuacjach trzeba/można zobaczyć, że te same gesty, zachowania, które wcześniej były jednoznacznie złe [świadczyły przecież o podłym uwodzeniu], okazują się skutecznym leczeniem miłością, która czasem nawet dosłownie ratuje życie, a zakochanie, trudno, skutek uboczny, który musiał wystąpić [dodam jednak, że sprawę można załatwić dużo prościej i dużo mniej traumatycznie: wystarczy te biedne podeptane dłonie włożyć całe do wody święconej, na moment chociaż, ale jeśli ktoś ma dużo potem lęku, to nawet na "aż" tyle, lub i więcej, minut {to autentycznie kwestia wyboru} i też powinno być po problemie]; 2. w tej chwili nie pamiętam, ale jak sobie przypomnę, zaraz napiszę). To samo w duchowym kierownictwie. Jeśli więc penitentka zakochuje się w duchowym kierowniku, odchodzi, ponieważ oznacza to, że nie ma w tej sytuacji dla niej relacji nadprzyrodzonej, a tylko naturalna, co zagraża bardzo poważnie czystości, więc naprawdę trzeba odejść. W prawdziwym duchowym kierownictwie, jeśli penitentką jest osoba życia konsekrowanego, Duch Święty blokuje w 100% możliwość zakochania się w tej relacji, ponieważ zakochanie też należy się Bogu, Pan więc zabiera kierownikowi duchowego dosłownie sprzed nosa jego chwilowe urojenie (bo przecież Bogu zależy na każdym człowieku); dopiero wtedy taka relacja może trwać nawet wiele lat, jeśli to służy drodze życia duchowego. Wiem to na pewno, ponieważ doświadczyłam prawdziwego duchowego kierownictwa w moim życiu konsekrowanym. Z kierownikiem duchowym zazwyczaj tworzy się relacja braterska, związana z jego kompetencjami, np. w związku z jego teologicznym wykształceniem lub doświadczeniem misyjnym itd. Jednak uczucia i emocje żyją 'w wolności' w tych relacjach. Jeśli są blokowane w sposób naturalny a nie nadprzyrodzony, też coś jest na pewno źle! Prawdziwe duchowe kierownictwo nie jest konkurencyjne dla prawdziwej psychoterapii. Kto chce z całą pewnością pożegnać się z jogą powinien skorzystać z błogosławieństwa indywidualnego Najświętszym Sakramentem. To bardzo skuteczna pomoc. Takie „nałożenie rąk” na głowę osoby poszkodowanej dla uzdrowienia jej duszy, ducha i ciała przez samego Pana Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie. Przed kilku laty, kiedy przyjęłam takie błogosławieństwo, odczułam wyraźną ulgę, ponieważ mnie się wydarzyło coś więcej, niż się zwykle wydarza na zajęciach z jogi. Pewnego razu, było to chyba na początku 2001 roku, nauczycielka, z którą akurat byłam w pokoju, ponieważ przyuczałam się już do uczenia, kiedy leżałam na podłodze na materacu czy karimacie, nagle na mnie wskoczyła i przedeptała po mnie dosłownie - jak to się mówi - „od stóp do głów”. Po tamtym epizodzie, który trwał może pół minuty, wydarzył się podobno spontanicznie, a dla mnie nie był przykry, raczej zaskakujący i w zasadzie prawie obojętny, zaczęłam dosłownie... zasypiać (to też trzeba wyjaśnić dokładniej: nie w sensie, że bardzo dobrze mi się potem spało, ale w tym sensie, że potem przez wiele tygodni odczuwałam niebywałą senność, bardzo przykrą, wręcz utrudniającą mi życie i trudną do przezwyciężenia). Nie w tym sensie, że traciłam świadomość, ale podobnie jak się odczuwa senność w alergii, jeśli się trafi na jakiś alergen.

Dzieci! W Kościele trzeba protestować, ale dobry protest to sztuka, która jest owocem może nawet jakichś jeszcze nie w pełni odkrytych talentów lub przynajmniej zdolności. Może nie każdy potrafi. Jednak dlatego trzeba protestować, że trzeba wciąż troszczyć się o Kościół Walczący, ponieważ na tym świecie jesteśmy kościołem walczącym (Kościół składa się z Kościoła Walczącego, Kościoła Cierpiącego i Kościoła Triumfującego). Tylko wtedy jest w miarę OK w świecie, jeśli nie tracimy zdolności, siły i tematów do sensownych protestów. Jeśli to się niszczy, przechodzimy do Kościoła Cierpiącego (chorujemy, płaczemy, boimy się itd.). Wtedy jednak pali się dla nas lampka ze światłem ostrzegawczym. Protest mądry, protest słuszny, protest z klasą, protest z poczuciem humoru, zabawa w protest, protest na bardzo trudne tematy, protest konieczny, protest milczący, protest przez absencję, protest-post, protest za kogoś, protest dla kogoś, protest, który czyni pokój itd. To jest dobro, które trzeba pielęgnować i chronić. Kto w Kościele protestuje nie jest protestantem, ale protestującym. Mówi przez swój protest bardzo ważną rzecz. Mówi o tym, że nie jest zastraszony (albo wcale nie jest zastraszony, albo na tyle jeszcze się trzyma, że wciąż jeszcze jest zdolny protestować, więc od czasu do czasu właśnie protestuje). W życiu konsekrowanym czasem protestuje sam Duch Święty. Jeśli Duch Święty wskazał jakie warunki muszą być spełnione, żeby dane dobro się wydarzało, a one zostały odrzucone, naprawdę nie pozwala, żeby dane dobro się wydarzało, jeśli te warunki zostały odrzucone. Chodzi o proste sytuacje, w których warunkiem jest np. słoneczne miejsce dla danej rośliny, ponieważ akurat ta roślina w półcieniu marnieje, więc jeśli trafia do półcienia, marnieje.

5 stycznia 2020 r. (niedziela)

Progres w naszym rozumieniu to mniej więcej coś takiego: Sokrates nie zrobił nic złego. Choć zachował się najlepiej jak umiał, wybrał rozpacz bez nadziei i umarł, na dodatek bardzo młodo. Król polski Bolesław Śmiały zrobił coś ewidentnie bardzo złego, jednak nikt mu nie zaproponował za to śmierci, bo i Kain otrzymał zapewnienie, że ma prawo żyć, choć sam popełnił morderstwo. Przyjął to, co Sokrates odrzucił rozpaczą. Jednak nie dotarł nad morze, ale tylko nad jeziora (Ossiach położone jest w Austrii, w Karyntii, która ma wiele pięknych jezior), czyli – mówiąc językiem metafor – nie dotarł do czyśćca za życia (być może po tym co zrobił uważał siebie za potępionego, chociaż pokutował i pragnął zbawienia). Jednak całkiem „śmiało” można przypuszczać, że też jest zbawiony, czyli choć może wciąż pokutuje, ma zapewnienie Boże o zbawieniu. Można tak przypuszczać, ponieważ pochowany jest na cmentarzu katolickim, czyli pewnie umierał opatrzony sakramentami (historycy piszą, że być może został zamordowany, ale może zdążył ksiądz z wiatykiem). Umarł w XI wieku. Teraz mamy wiek XXI. Na czym polega nasz progres? Przecież to, że go nie brakuje, „póki my żyjemy”, to pewnik. Może w tym akapicie na tym, że spoglądając na życie śp. króla Bolesława Śmiałego możemy przyjrzeć się po pierwsze kondycji własnego przebaczenia, a po drugie zastanowić się czy człowiek ten, który dopuścił się faktycznie strasznej zbrodni, nie okazał się dla siebie samego miłosiernym, a nawet dosłownie pro-vitae, co z pewnością jest zasługą przed Bogiem. My, ludzie XXI wieku, już nie jesteśmy zbrodniarzami, ale wciąż dokonywane są zbrodnie (wielu ludzi umiera nienaturalnie), ponieważ teraz brakuje nam świadomości (na dużą skalę) co jest czym i dlaczego czegoś na pewno nie wolno (jakie są skutki/konsekwencje jakiego czynu). Drugim powodem tragedii naszych czasów jest brak rozumienia i akceptacji własnych, ale też i cudzych, uczuć i emocji, a to oznacza brak umiejętności korzystania z nich, a nawet zarządzania nimi. Trzeba sobie z tym poradzić, i będziemy mieli pokój. Dochodzi do absurdalnych sytuacji: kto ma dobrze poukładane własne uczucia i emocje, czasem je włącza do dialogu, czyli mówi o tym co w danej chwili czuje lub czuł (jeśli mówi o przeszłości), a niezorientowany rozmówca zdarza się, że odpowiada na to, mówiąc, że on nie ma kłopotów z uczuciami. To jest aż niewiarygodne, ale wygląda taka rozmowa mniej więcej w ten sposób: "Wiesz? Boję się, kiedy widzę zdjęcia abortowanych istnień ludzkich", "Naprawdę? A ja nie mam z tym problemów". Jeśli to się zdarza często, po jakimś czasie skutkuje tym: "Nie rozumiesz mnie", "Mówisz tylko o rozumieniu, a potrzeba uczuć". Na szczęście te dwie umowy społeczne na temat co jest ludzką dojrzałością nie muszą się zwalczać. Jeśli się serdecznie zauważą, mogą się nie tylko wzajemnie zaakceptować, ale też czasem polubić. To nie ma wiele wspólnego z popędami. Raczej z intelektem właśnie i wolą: 'To ja decyduję o tym czy włączam prawdę o mojej uczuciowej wrażliwości do danej rozmowy', 'Mówi o lęku, może potrzebuje wsparcia. Od razu dyskretnie powiem, że mogę dać takie wsparcie', więc w drugiej wymianie zdań może 'pójść' coś takiego: "Nie proszę ciebie o wsparcie. Tylko chciałam ci powiedzieć co czuję na ten upiorny temat. Naprawdę nic więcej", "A to dobrze, że mi mówisz, że o to chodziło, przecież się jeszcze mało znamy. Jakieś pół roku dopiero". Ale dzyń, dzyń, jednak jest problem! Niektórzy ludzie nie są tacy, ale naprawdę inni: "Pamiętaj, kto ci opowiada o swoich uczuciach, korzystał z terapii. Uważaj, bo to może być psychiczny!". Co to oznacza? Zagrożenie dla naturalnej ludzkiej uczuciowości i spontaniczności w relacjach oraz dyskryminację osób, które kiedykolwiek w życiu poddały się jakiejkolwiek psychoterapii. Z przeproszeniem mnie to przypomina motywy pogromów Żydów chyba w XV wieku, z których Żydzi uciekali właśnie do Polski. Chodziło podobno o to, że nie umierali tak licznie w różnych zarazach, więc dlaczego nie umierali?, a oni nie umierali, ponieważ się zdrowo odżywiali (jedli cebulę i czosnek). A czy wiecie, że chyba Pachomiusz wymyślił i stosował w swoim życiu duchowym ćwiczenia duchowe bardzo podobne do ćwiczeń, z którymi w naszych czasach można się spotkać właśnie na psychoterapii? Z Pachomiusza każdy może skorzystać i zrobić z tego coś aktualnie też dobrego? A jeśli Z. Freud skorzystał najpierw właśnie z Pachomiusza? Np. tak na wszelki wypadek, czyli po to, żeby być pewnym, że przynajmniej dobrze zaczął. Darmo zostawił nam, chrześcijanom (nie chciał nas okraść; my natomiast korzystamy z rady "darmo otrzymaliście, darmo dawajcie"), a dla siebie wziął to, co rozpoznał, że nam może zbywa, czyli podejście biznesowe, co rozpoznał jako uczciwe, ponieważ da się to podejście rozpoznać jako uczciwe (adekwatna kwota pieniędzy za psychoterapeutyczną usługę, usuwa naturalne poczucie zobowiązania, czyli nie zniewala osoby korzystającej z tych usług). Jednak całkiem możliwe, że duchowym ojcem psychoterapii jest Pachomiusz, a nie Freud, który raczej wygląda na ojca psychiatrii (ciekawe spostrzeżenie, że nie widać łatwo ojca psychologii), choć zajmował się jednym i drugim. Tą drogą trzeba więc iść, żeby wygrać naprawdę samodzielny (i uznany za taki) zawód, jeśli chodzi o psychoterapię: 'przez' Pachomiusza.

(...)