28 grudnia 2019 r.

Informacja dla sióstr kaneanek i dla braci kaneanów: macie wiek duchowy ok. 12 lat, więc mogę Wam już powiedzieć, że jednym z Waszych obowiązków formacyjnych będzie: 5 razy w życiu całe (całe = minimum 14 dni pracy po 10 godzin/dzień) i legalne winobranie we Francji lub we Włoszech. Najlepiej, żebyście pracowały razem, czyli na jednym winobraniu, ale najważniejsze jest, żeby w ogóle mieć takie życiowe doświadczenie (wydaje mi się, że do 60-tego roku życia najpóźniej trzeba by mieć taki komplet, czyli te 5 winobrań we własnym życiorysie). Można wyjeżdżać przed zgłoszeniem się na próbę. Nawet jeśli jeszcze nie ma pełnej świadomości, że powołanie, można się wybrać do takiej pracy (trzeba sobie to załatwić samodzielnie i oczywiście na własną odpowiedzialność; pamiętajcie, proszę, o ubezpieczeniu). Uczy ta praca życia, jak chodzenie po górach, ale nie można zamienić jednego na drugie. To dwa różne doświadczenia. Nie wybierajcie się na winobranie zbyt wcześnie, najlepiej w wieku duchowym po 18-tym (siostry kaneanki) i po 21-tym (bracia kaneanie) roku duchowego życia. Jeszcze jedna informacja dla Was: Kto odnajduje się w wieku duchowym ok. 12 lat i w tym powołaniu, ślicznie dziękuje św. Margerycie Bays za opiekę. Czy trzeba powiedzieć, że byłoby dobrze, żeby starsze rodzeństwo czasem pomagało młodszemu, jeśli młodsze z czymś sobie nie radzi, a starsze umie i może pomóc?

Informacja i rada dla Stokrotek i Stokrotów oraz dla Serduszek i Serduszków: macie aktualnie wiek duchowy 3-4 latka (bardzo ładnie mówicie), więc zwróćcie już uwagę na poważniejsze zabawki, czyli te, które uczą zdrowej ekologii oraz miłosierdzia wobec zagrożonych gatunków zwierząt. Czy chciałybyście, żeby i Wami zaopiekowała się w waszym wieku do 12-go roku życia jakaś super niania? Jedna dla Was obojga, albo też św. Margeryta Bays, albo bł. Aniela Salawa. Nie ma innego wyboru. Zastanówcie się nad tym chwilkę. W takim razie będziemy prosić o to bł. Anielę Salawę.

Jeszcze taka sprawa: możecie czasem powiedzieć do mnie „mamo”, jeśli Duch Święty tak chce, ale normalnie chciałabym, żeby wszystkie moje dzieci zwracały się do mnie po imieniu, najlepiej „Renato”, ale może też być ”Renata”. Kto czuje potrzebę, żeby mi mówić „pani” („proszę pani”, „pani Renato” itp.) oraz „Renatko” lub „Reniu”, ale też „siostro”, nie jest moim dzieckiem.

Informacja dla świata (chodzi o świat w rozumieniu katolickim): wiek duchowy w życiu duchowym z powołaniem normalnie nie ujawnia się w relacjach świeckich. W tych relacjach jest mniej więcej taki jak wynika z metryki, ale czasem może się zdarzyć jakaś w tym temacie dysfunkcja, co daje nietypowe wyniki w diagnostyce. Można więc przypuszczać, że chodzi o nierozeznane powołanie (to przypuszczenie zawsze może dotyczyć osób ochrzczonych, po pierwszej spowiedzi i 1-szej Komunii św., i bierzmowanych), jeśli to, co psychologia dość chętnie uznaje za introwertyzm, a w sytuacjach poważniejszych za depresję, przechodzi lub staje się łagodniejsze ('bledsze') wraz z podjęciem przez osobę z tą dysfunkcją systematycznej praktyki modlitwy, także modlitwy o uwolnienie, a zwłaszcza modlitwy różańcowej.

Dzieciom „moim” (nie wiem, może powinnam pisać jednak bez cudzysłowia) chciałabym dziś jeszcze powiedzieć to, że mają się organizować zawsze w stu procentach zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa Kościelnego, bo tylko wtedy są „moje” (lub moje), a dodatkowo chciałabym znów zaznaczyć, to co już nieraz mówiłam, że rozeznaję, ile tylko mogę podołać, ale uważam, że nie mam bardzo dobrej edukacji w zakresie teologii i filozofii (uważałabym inaczej, gdybym miała ukończone studia wyższe magisterskie z teologii katolickiej z wynikiem co najmniej dobrym, a nie mam takich studiów wcale), więc co brzmi niejasno lub niewłaściwie, trzeba rozumieć lub interpretować tak jak uczy Kościół Rzymskokatolicki, i to we wszystkich moich tekstach, ponieważ w ogóle nie mam intencji mówić coś inaczej.

15 listopada 2019 r.

Zależało mi na tym, żeby w Waszym charyzmacie było kilka wyraźnych i odróżniających od innych duchowości w Kościele Rzymskokatolickim duchowych dóbr. Powolutku Wam to chcę przedstawiać. Najpierw potrzeba pokory. Następnie bardzo chciałam, żebyście były przeniknięte jednością ze Stolicą Apostolską (podobnie jak Ojcowie Jezuici, ale zupełnie inną metodą) oraz światłem Ducha Świętego o Polsce, mojej (naszej) kochanej Ojczyźnie. Praktycznie wymyśliłam, że najlepiej będzie, jeśli w Waszym sercu pojawi się trwałe i nieusuwalne pragnienie przyjęcia watykańskiego obywatelstwa (nie szkodzi, że się może nie da), natomiast druga sprawa jest trudniejsza, ponieważ chodzi mi o to, żebyście wszystkie, moje Dzieci, były Polakami, tzn. kto nie jest, a uważa, że ma charyzmat tego powołania (co teraz jeszcze nie jest możliwe na tym świecie do wyraźnego rozeznania, bo jesteście jeszcze za malutkie), powinien się postarać o polskie obywatelstwo i liczyć się z tym, że tak zostanie. Co mogę jeszcze polecić Wam do duchowej lektury? Pisma św. Bernarda z Clervaux, korespondencję św. Ojca Pio, teksty związane z objawieniami Matki Bożej w La Salette, Lourdes, Fatimie i Gietrzwałdzie. I jeszcze książeczkę O przyjaźni Jana Kasjana.

W uogólnieniu, na pytanie o jakie chrześcijaństwo tu chodzi? Odpowiadam, że o chrześcijaństwo zachodnie, humanitarne. W związku z tym proszę też kupować dla siebie i czasem zaglądać do pism Sługi Bożego Prymasa Tysiąclecia oraz zachować czujność na prawdę o Słudze Bożym Ks. Abpie A. Baraniaku.

Na temat stanu kobiet konsekrowanych powinnyście teraz wiedzieć mniej więcej tyle: to jest taka rzeczywistość duchowa, którą można porównać (choć to jest na pewno dalekie porównanie) ze schroniskiem dla dzikich zwięrząt (patrz, np. www.lesnepogotowie.pl), które dotyczy nie wszystkich, ale wybranych gatunków zwierząt. Takie życie konsekrowane jest o tyle nowością, że okazało się możliwe do zaproponowania dzięki ludzkiej większej, niż w dawniejszych czasach, dobroci, która wyraża się już od wielu lat najwyraźniej w dbaniu o przyrodę w taki właśnie sposób, że pozwala chociaż niektórym okaleczonym zwierzętom przeżyć, a po opatrzeniu ich ran i niezbędnej rehabilitacji dalej godnie i zgodnie ze swoją naturą żyć. Kobiety w stanie kobiet konsekrowanych mają tworzyć małe wspólnoty, o których napisałam w mojej książce poświęconej tej duchowej rzeczywistości, ale jeszcze nie można jej przeczytać, dzięki którym mają żyć dalej i to jak najszczęśliwiej, choć faktycznie poza murami klasztoru, do którego na pewno by trafiły, gdyby po drodze nie wydarzył się jakiś nieszczęśliwy wypadek. Dla osób świeckich to kalectwo jest trudne, a nawet niemożliwe do pojęcia, nie jest widoczne dla wszystkich osób duchownych. Nie wszystkie powołania w stanie kobiet konsekrowanych muszą być uszkodzone; raczej jest to miejsce integracyjne, co właśnie naprawdę nie jest widoczne dla osób świeckich, chyba że uszkodzenie dotyczy także/lub ciała (soma) (np. uszkodzenie soma: pokrzywienie kręgosłupa uniemożliwia podjęcie obowiązków w klasztorze, czyli nawet gdyby się klasztor zgodził przyjąć, byłby to dla klasztoru z pewnością ciężar i za duży trud o czym uszkodzone powołanie dowiaduje się na furcie tego klasztoru; uszkodzenie psyche: ktoś w szkole był dosłownie prześladowany przez starszych kolegów czy koleżanki, co akurat sprawiło w dorosłym życiu efekt, że nie jest w stanie złożyć ślubu materialnego ubóstwa, ponieważ na samą myśl o tym odczuwa dosłownie trwogę, a nie trafia przez wiele lat na nikogo kto byłby w stanie w tym temacie pomóc, i mija powołaniowy wiek; uszkodzenie caritas: ktoś poświęcił siebie, żeby być przy osobach, które, gdyby odszedł, pozostałyby całkowicie samotne i nieszczęśliwe). W metaforze zrozumiałej dla osób stanu świeckiego można powiedzieć, że w stanie kobiet konsekrowanych skutkiem uratowania powołania kontemplacyjnego jest osobowość, którą da się odrobinę zrozumieć przyglądając się kosom, a skutkiem uratowania powołania kontemplacyjno-czynnego osobowość podobna do szpaków. W stanie kobiet konsekrowanych uratować się mogą tylko (uszkodzone i/lub odrzucone, ale duchowo żywe) powołania, które pierwotnie były powołaniami do stanu dziewic konsekrowanych, do jednego z klasztorów karmelitańskich, i dominikańskich, i franciszkańskich, i augustiańskich, i benedyktyńskich, i zgromadzeń, którymi opiekowali się i/lub opiekują się duchowo Ojcowie Jezuici. Natomiast powołania nieuszkodzone w stanie kobiet konsekrowanych biorą się z osobistej decyzji osoby powołanej umartwienia swojego pierwotnego powołania.

Bardzo podobnie jest też u Was, choć chodzi o lżejsze uszkodzenia, więc dlatego mówimy o prawdziwym zgromadzeniu (kontemplacyjno-czynnym, habitowym). Raczej nie będziemy siebie nawzajem unikać. Aha! Chciałabym, żebyście się nauczyły (co najmniej do poziomu B2 z egzaminem) języków romańskich (po jednym, lub można więcej, jeśli Pan dał taki talent).

17 listopada 2019 r.

Skarby moje! Kiedy się zastanawiam nad tym czego dotyczy moja wiara, przychodzi mi na myśl Credo, więc zaczynam je półgłosem wypowiadać i dochodzę nagle do wniosku, że w trudnej rozmowie (co się czasem zdarza, a bywa, że bardzo nieoczekiwanie), aby moją wiarę właściwie dookreślić, muszę powiedzieć, że Jezus "trzeciego dnia zmartwychwstał". Dopiero ta część naszego wyznania wiary wyjaśnia w dostateczny sposób to w co ja wierzę osobiście, jeśli chodzi o Pana Jezusa. Chciałabym, żebyście to wiedziały, że Wasza mama nie wierzy w Jezusa, którego zmartwychwstanie polega na rozdaniu się ludziom w Eucharystii i to by było na tyle (jak słyszałam kiedyś od pewnej zakonnicy), ale wierzy, że Jezus Chrystus nie zostawił nas sierotami, jak obiecał, więc dał nam Siebie na pokarm, oraz po Jego Zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu czeka na nas w niebie w ciele uwielbionym, ale to nie jest jakieś dowolne ciało, które może przyjmować według uznania (jak mi się zdarzyło kiedyś słyszeć od pewnego zakonnika), ale czeka na nas ten sam Jezus Chrystus, który chodził kiedyś po ziemi i żył z nami (ludźmi), w tym samym ciele, które przyjął, tyle że przemienionym zmartwychwstaniem. Piszę Wam o tym, ponieważ niektórzy zarzucają takiej wierze infantylność i dokładają autorytet (powołują się np. na jakąś książkę jakiegoś księdza). Argumenty są silne, bo są wyprowadzane z tego faktu, że Maria Magdalena nie rozpoznała Pana Jezusa, który jej się ukazał po zmartwywstaniu jako ogrodnik oraz, że nie tylko św. Maria Magdalena nie poznała Pana Jezusa po Jego Zmartwychwstaniu. Ale mnie chodzi m. in. o to, że strój ogrodnika nie jest innym ciałem, a tylko inną oprawą. Może to, o czym teraz próbuję powiedzieć brzmi niejasno, ale chciałabym, żebyście wiedziały w którą stronę się skłaniam, jeśli chodzi o moją osobistą wiarę. Ta koncepcja, że zbawienie jest zmartwychwstaniem, które dzieje się w naszym życiu, a dotyczy tylko naszego nawrócenia, które pozwala nam przyjmować Komunię św., ale nie wykracza poza naszą śmierć jest według mnie chybiona. Wydaje się być nie wiarą, ale brakiem wiary w zmartwychwstanie.

19 listopada 2019 r.

Następnie chciałabym, żebyście wiedziały, że Wasza mama nie jest zwolennikiem holizmu, ponieważ uważa, iż myślenie holistyczne jest zbyt ogólne, żeby mogło służyć wystarczająco trafnej diagnozie, potrzebnej do podjęcia najlepszego z możliwych leczenia. Jeśli holizm dochodzi do wniosku, że np. szkodnik w lesie sprawia, że na pewno chory jest cały las (holizm [ten, który tu krytykuję] przede wszystkim podkreśla, że nie można oddzielać choroby od chorego i myśleć fragmentarycznie o chorym człowieku), to moje podejście jest takie: jakiś szkodnik w lesie sprawia czasem faktycznie duże szkody, ale rzadko się zdarza, że niszczy cały las (korniki, które zaatakowały jakąś część drzewostanu nie są chorobą fauny leśnej, zwłaszcza dzięciołów, a las to nie tylko drzewa, ale też cały leśny ekosystem), chyba że sytuacja jest krytyczna. Oczywiście można się dogadać w temacie holizmu, ale trzeba sobie zdawać sprawę w jakich obszarach te uzgodnienia mogą się pojawić. Na pewno nie jest udaną koncepcja, że jak ktoś np. złamał rękę, to złamał sobie też psychikę, w związku z tym bardziej potrzebuje psychologa, niż ortopedy. I bardzo trzeba uważać na podejście, które polega na takich uogólnieniach, które świadczą o kosmicznej odległości od problemu, czyli np. na podejście "jak ktoś jest na coś chory, to cały człowiek choruje, i jeszcze na dodatek cała jego rodzina, nawet przodkowie, i w pracy też wszyscy się od tego źle czują. W związku w tym proszę mi najpierw opowiedzieć o swojej rodzinie zanim przejdziemy do sprawy tej wysokiej gorączki". Holista powie: "zażyj na to wszystko co ci dolega ten antybiotyk, na pewno pomoże", a lekarz konwencjonalny powie: "Zażyj na tę anginę ten antybiotyk, to jeszcze przy okazji cera ci się poprawi, i pęcherz moczowy się przeleczy". Chodzi o to, żeby był progres, a nie regres (żeby leczenie było leczeniem ['od razu ci powiem co na co może ci pomóc, jakby trzeba było z tej wiedzy skorzystać, żeby pomóc sobie lub komuś w mniej korzystej przyszłości, niż teraźniejszość, gdyby się taka zdarzyła'], a nie komercją ['jak jesteś pacjentem, to nie lekarzem, więc proszę nie próbuj nawet wnikać w moje metody leczenia, a przyjmij do wiadomości, że to co zapisuję powinno pomóc, bo jednak jestem lekarzem']).

Przy okazji dodam, że w świecie niektórzy mieszają dwa wyraźnie różne pojęcia: 'progres' i 'agresję' (mówią o podejściu progresywnym i o podejściu agresywnym wymiennie [nie w tym sensie, że jedno to marchewka, a drugie kij, ale jakby to były synonimy]). I to jest jeden z najnowszych bardzo poważnych problemów, ponieważ progres jest na pewno OK (to jest coś innego, niż 'kupujemy sobie co jakiś czas jakieś nowe fajne książki'; dla nas, ludzi modlitwy, nie jest to takie łatwe pojęcie, ale zrozumienie go pozwala na podjęcie jakiejś małej działalności gospodarczej: zamiast 'mam obowiązek dać jałmużnę, bo to mnie zbawia', 'mam prawo mieć zysk, a jak go będzie tyle, że przestanę się bać o siebie i moich najbliższych, dam większą jałmużnę' [w stanie kobiet konsekrowanych pozwala na to ślub ubóstwa duchowego]), ale podejście agresywne jest szkodą i zniszczeniem, więc nie nadaje się do życia duchowego ('uważamy, że tak się nawróciliśmy, że chodzimy na treningi rzutu jakimś kamieniem, np. podłym zachowaniem, w tego, kogo uważamy za jeszcze nie dość świętego'). Proszę spróbować zapamiętać na zawsze, że także to odróżnia chrześcijaństwo (całe) od innych przeróżnych duchowości, że nie ma w nim kozła ofiarnego, każdy jest chciany i kochany. Tyle, że potrzeba ewangelizacji na ten temat, bo nie każdy o tym pamięta, a bywa, że ktoś ulegnie jakiejś pokusie. W tym sensie (m. in. oczywiście) chrześcijaństwo nie usuwa cierpienia.

Na drodze duchowego życia bardzo dużą pomocą okazuje się prawda, o której nam powiedziała św. Katarzyna Sieneńska, doktor Kościoła. Mam na myśli prawdę o tym, że obecność Pana w duszy rozpoznaje się po wzroście cnoty, a nie po wzroście wiedzy. Jednak w naszych czasach, kiedy średnia wieku się wydłużyła, warto zauważyć, że uczenie się, nawet przez całe życie, nie zawsze jest związane z pożądaniem wiedzy, a często z dbaniem o własne zdrowie, np. o dobrą kondycję pamięci. Doświadczeniem granicznym na ten temat jest sytuacja w życiu duchowym, że oba dobra otrzymuje się w ilości, która wydaje się wyrównana. Z tego zawsze trzeba się jakoś wydostawać, czyli szukać takich dla siebie rozwiązań, żeby dusza była pewna, iż cnoty (łaski Bożej bez wątpienia) otrzymuje więcej, niż wiedzy (łaski Bożej lub pokusy).

Dzieciaki! Muszę się jeszcze zająć tematami pro-life, więc zaglądajcie też czasem, bardzo o to proszę, na jeszcze inną moją stronę, którą przygotowuję, a która się nazywa www.pro-vie.malarstwoity.pl

21 i 22 listopada 2019 r.

Jeśli chodzi o moje powierzenie Was w wieku Waszym duchowym przedszkolnym św. Małgorzacie Bays, chciałabym żebyście wiedziały, iż chodzi mi w tym względzie o sporo spraw. Jedną z nich jest moja prośba do Was, żebyście mówiły biegle w dwóch językach: ojczystym i jednym z języków romańskich, ale na poziomie B1-B2 właśnie w językach: francuskim, włoskim i niemieckim. Naprawdę. Najlepiej by było zdawać też egzaminy; nie chciałabym, żebyście się uczyły języków więcej, czyli na poziomach C1 i C2, chyba że będzie to Wam potrzebne, np. do podjęcia studiów z teologii w jednym z tych języków lub w Waszej pracy. Edukację językową trzeba postarać się zakończyć w wieku 70-75 lat, ale potem dobrze by było te nabyte wcześniej umiejętności pielęgnować. Inną sprawą w tym względzie jest sprawa ekologicznej wrażliwości, którą św. Małgorzata Bays pewnie pomoże Wam nabyć i utrwalić. Następną sprawą jest temat pewnych, możliwych do przewidzenia, wyniesionych z czasów Waszego duchowego dzieciństwa, dzięki takiej duchowej dla Was opiece, zamiłowań: do tercjarstwa (to bardzo ciekawa i tak naprawdę odrębna duchowość w życiu duchowym, niesie inne wartości, niż życie konsekrowane, więc jest nie do przecenienia; tercjarze są zakonną elitą), do gór, do trudności, do służby, do pracy, do serdeczności, do spontaniczności, do Szwajcarii, do dokładności oczywiście, do cnoty umiarkowania. Św. Małgorzato Bays, módl się, proszę, za nami.

(...)

Gdyby jakieś moje Dziecko wpadło na tę stronę zupełnie przypadkiem i nie wiedziało jak się z niej wydostać na naszej drodze duchowej, chciałabym podpowiedzieć, że przeróżne pomoce ('drogowskazy', 'plasterki', 'woda utleniona' na duchowe rany, 'zabawki', 'cukierki' nawet) są dostępne na takich stronach: www.malarstwoity.pl, www.blog.malarstwoity.pl, www.gsl.malarstwoity.pl

Jeszcze to trzeba powiedzieć już teraz: w Waszym charyzmacie jesteście zwróceni - podobnie jak stan kobiet konsekrowanych w uratowanych powołaniach kontemplacyjnych, czyli w niecałej odmianie w świecie (na razie tego jeszcze możecie nie rozumieć, ale za jakiś czas powinno się to okazać jasne) - do świata i do Ojców Jezuitów, czyli to jest kierunek naszego duchowego pomagania, w łasce uczynkowej lub biernej, a Wy, dodatkowo, jeszcze do stanu kobiet konsekrowanych, ale tylko w odmianie w świecie (uratowane powołania kontemplacyjne i kontemplacyjno-czynne). Relacji duchowej przyjaźni (mam na myśli przyjaźń między zgromadzeniami) szukajcie najpierw u Ojców Michalitów, a dziewczyny - oczywiście u Sióstr Michalitek.

23 listopada 2019 r.

Dziś sobota, więc znowu mogę Wam coś rozjaśnić: O Świętej, którą poprosiłam i wciąż zresztą proszę o duchową opiekę dla Was, żeby się dowiedzieć coś więcej, trzeba się odrobinę potrudzić. Tak naprawdę w j. polskim imię 'Marguerita' nie jest tłumaczone na 'Małgorzata', bo wcale nie jest tłumaczone, ale 'Małgorzata' to jest pierwsze co przychodzi na myśl w j. polskim, jeśli się chce to imię przetłumaczyć. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ, gdyby to imię przetłumaczyć na j. polski, okazałoby się, że trzeba by było powiedzieć albo 'Margerytka', albo 'Stokrotka', ale to nie brzmi dobrze, na dodatek w ramach impetu (pewnej 'siły' bezwładności) przez jakiś czas jeszcze trzeba się liczyć w Polsce z reakcją w typie: ”Nie znamy w Polsce takiej świętej, po polsku to brzmi jak imię pogańskie, dosłownie jak Nawojka, więc lepiej tłumaczyć, że Małgorzata, lub może najlepiej wcale nie tłumaczyć”. Ale spróbowałabym tłumaczyć, i to na 'Margerytę', choć 'Stokrota' też jest interesująco, czyli moim zdaniem po polsku powinno być św. Margeryta Bays (1815-1879), a na nowe polskie imiona chrzcielne byłyby dwa: Margeryta i Stokrota. Dużo jest powagi w takim tłumaczeniu imienia Świętej, tylko akurat w takiej sytuacji tego imienia nie można w j. polskim zdrobnić (jak, np. dobrze brzmi [w sensie duchowym] 'św. Tereska od Dzieciątka Jezus', choć przecież w Polsce sporo osób dosłownie się oburza, że o Świętej, która na dodatek jest doktorem Kościoła [1873-1897], ktoś śmie powiedzieć: św. Tereska lub - bywa jeszcze 'gorzej' - św. Terenia [słyszam na własne uszy jak się czasem na Ojców Karmelitów Bosych oburzają o to właśnie]), bo w jego brzmieniu w naszym języku na dzień dzisiejszy brakuje tej odrobiny więcej szacunku, który należy się Świętej, czego nie brakuje, jeśli się tłumaczy 'Margeryta'. Polecam przy okazji wiersze H. Poświatowskiej (1935-1967). To przejmujące utwory młodej polskiej poetki, która zmagała się z bardzo ciężką chorobą serca. Napisała m. in. wiersz pt. „Margerytki albo cykl biologiczny”. Zaczytywałam się wierszami H. Poświatowskiej w liceum. Św. Margeryto Bays, módl się, proszę, za nami.

30 listopada 2019 r. (sobota)

Być z ludźmi. Na pewno chodzi mi o to, czyli posługa w ramach zamiłowania do 2-ej tajemnicy światła różańca byłaby z tego oczywista: własny dom weselny na wesela, ale tylko przy bardzo dobrej jakości prawdziwego wina (toast szampanem, a potem 1 butelka na jednego Gościa i naprawdę tylko tyle, a zabawa do rana), własny zespół, własny wodzirej, bardzo sprzyjające warunki do zabawy na weselach dla abstynentów, własne miejsca noclegowe dla Gości, własny sklep z rzeczami na weselne prezenty z możliwością spędzenia chwilki czasu przy dobrej kawie, pożegnanie z kiczem, wszystko eko. To oczywiście nie wszystko. Dyskretne towarzyszenie małżeństwom w ich drodze życiowej, gdyby jakieś małżeństwa tego chciały. Posługa córek: to co trzeba zrobić przy urządzaniu wesel w takim domu weselnym, a potem w towarzyszeniu małżeństwom np. pomoc pielęgniarska, położnicza, pomoc domowa, a wcześniej może szycie ślubnych sukien (jednej czasem) itd. To też nie wszystko. Natomiast dla stanu kobiet konsekrowanych - m. in. jeśliby była potrzeba, słuchanie spowiedzi, może też i kierownictwo duchowe, ale tego jeszcze nie wiem na pewno.